Wspomnienia i życiorys Zenona Gulbinowicza


 

Ku pamięci, dla potomków rodu



A jednak się urodziłem i poznaję najbliższych


Halo! Czy mnie słyszycie? To ja, Wasz przodek, Zenon Gulbinowicz.

         Opowiem Wam o sobie, żebyście zapamiętali po wsze czasy, że przeżyłem swoje życie jak umiałem. Miałem swoje wzloty i upadki. Zmartwienia i dni wesołe. Troskę o dzień codzienny, jak też złość i bezsilność, w stosunku do otoczenia i sytuacji w jakiej się znalazłem. Słuchajcie więc uważnie mojej opowieści!
     Urodziłem się dnia 9 kwietnia 1892 roku we wsi Świętniki na Wileńszczyźnie, położonej 33 km na północ od Wilna i 2 km na południe
od ujścia rzeki Żejmiany do rzeki Wili. Ojcem moim był Kazimierz Gulbinowicz, a matką Rozalia Gulbinowicz z domu Rodziwicz. Miejscowość rodowa matki to Orgidany, wieś położona na Wileńszczyźnie niedaleko miasteczka podgrodzie. Ojciec i matka byli całe życie rolnikami. O matce nic nie wiem, jedynie to, że pochodziła ze zubożałej szlachty i w 1897 roku umarła w szpitalu w Wilnie. Została pochowana na cmentarzu Antokolskim w miejscu mi nieznanym. Z małżeństwa Kazimierza i Rozalii urodziło się czworo dzieci, a mianowicie:
     Alfons, Bronisław, Zenon i Antoni. Po śmierci matki ojciec został sam z małymi dziećmi i nie dawał sobie rady z ich wychowaniem. Zmusiło go to do ponownego ożenku. W roku 1898 poślubił Julię Lipińską ze wsi Świętniki. Z drugiego małżeństwa urodziło się troje dzieci, a mianowicie Maria, Daniel, Paweł. Prawie wszystkie dzieci Kazimierza przeżyły swoje życie godnie i doczekały starości, jedynie Paweł zmarł w wieku około 10 lat.
     Dzieciństwo moje przebiegało normalnie tak jak wielu dzieci wiejskich. Bawiłem się z dziećmi innych rodzin wiejskich. Jako dziecko robiłem swym kolegom i koleżankom różne psoty, jak też w miarę swych sił pomagałem ojcu w pracy w polu i w obejściu gospodarczym. Szczególnie byłem zatrudniany przy bawieniu młodszego rodzeństwa, gdy podrosłem ojciec zatrudniał mnie w pracach przy wypasie bydła i koni. W wieku szkolnym chodziłem do szkoły rosyjskiej we wsi Świętniki, jak też w miasteczku Niemęczyn. Dalszą część mego życia będę opisywał w poszczególnych rozdziałach.


2. Kura w glinie.

    W latach mojego dzieciństwa wypas krów, owiec i kóz w całej wsi był wspólny. Rano wszystkie zwierzęta przeznaczone do wypasu spędzano na ziemię niczyją zwano ją wygonem, a leżała ona obok szkoły. Po wypasie wieczorem, w tym samym miejscu, gospodarze zabierali swe bydło do zagród. Spędzane bydło było odbierane przez generalnego pastucha oraz jego pomocników, a następnie pędzono je nl1 wypas do pobliskiego lasu i na łąki leśne. Generalny pastuch był wybierany (zatrudniany) z ludzi wsi. Dla niego wieś ustalała deputat w naturze i pieniądzach. Jego pomocnicy to małoletnia młodzież wiejska, przeważnie chłopcy w wieku około 10-12 lat, było ich zawsze 10. Oni to pomagali generalnemu pastuchowi przy pilnowaniu zwierząt, przez okres jednego tygodnia, a w następnym tygodniu była już inna ekipa młodzieży. Za tą pracę pomocnicy nie otrzymywali wynagrodzenia, był to rodzaj szarwarku, dla dobra, ogółu wsi. Praca przy wypasie była ograniczona. Generalny pastuch ustalał, że w tym dniu będzie wypasał dany obszar leśny, pomocnicy okrążali go i pilnowali aby z tego pastwiska nie wyszło żadne zwierzę.
     Jednego roku zatrudniono nieuczciwego generalnego pastucha, gdyż ten przydzieloną mu młodzież zatrudniał do nieuczciwej pracy. Polecał jednemu z nas, aby udał się do pobliskiej zagrody we wsi i ukradł kurę lub inny drób. W międzyczasie inni rozpalali ognisko i przy pomocy niego nagrzewali pod ogniskiem ziemię. Drudzy kopali glinę i rozrabiali ją z wodą na papkę. Ukradzioną kurę zabijano, patroszono, solono z dodatkiem różnych ziół przyprawowych, a następnie kurę w pierzu oblepiano dokładnie papkowatą gliną. Gdy ta czynność była gotowa, a ziemia pod ogniskiem dobrze nagrzana, ognisko zostawało usunięte. Ziemię pod tym ogniskiem rozkopywano, w nią wkładano kurę w papce glinianej i zasypywano. Na tej ziemi, gdzie leżała zakopana kura, ponownie rozpalano ognisko. W tan sposób kurę piekło się około 1 do 2 godzin. Gdy pieczeń była gotowa, kura z ziemi wędrowała na powierzchnię, następnie nastawała krótka chwila do ochłodzenia kury. Wówczas glina wraz z pierzem była obrywana, a kura dzielona na biesiadników. Przeważnie podział był nierównomierny. Gro pieczeni zjadał generalny pastuch. Małe kęski przypadały pomocnikom. Tu należy przyznać, że pieczona w ten sposób kura była bardzo smaczna.
     Na drugi dzień takiej biesiady po wsi mówiono, że mamy we wsi złodzieja, który kradnie kury. Najczęściej było słychać słowa, że w tym, a tym gospodarstwie lis porwał kurę i uniósł ją do lasu. Pewnego dnia ten to władca pastuchów mnie przydzielił pójście do wsi i ukradzenie drobiu, z przeznaczeniem na wyżej wspomnianą ucztę, a że byłem bardzo mały, więc przydzielił mi do pomocy drugiego takiego malucha. Wspólnie z nim ustaliliśmy, że tym razem ukradniemy kurę z jego zagrodni. Jak ustaliliśmy, tak zrobiliśmy. Przy oblepianiu kury gliną nasz pan pastuch stwierdził, że ta kura jest bardzo podobna do jego domowej kury zwanej "Zieziula". My wyjaśniliśmy, że nie wiemy czyja ona jest, gdyż złowiliśmy ją daleko od zabudowań wiejskich. Na drugi dzień pastuch powiadomił ogół pasterzy, że to była jego kura i chciał nas zbić, lecz my uciekliśmy. Inni pomocnicy wołali, że już nigdy nie będą kraść drób we wsi, więc te uczty kurze znikły. Praca na pastwisku stała się monotonna, lecz uczciwa w stosunku do swoich rodziców i sąsiadów we wsi.


3.  Bitwa z namowy, a następstwem tego - zorganizowane lanie.

    Inną ciekawostką z mych lat dziecinno- młodzieżowych, było paszenie koni na łąkach nad Wilią.
     Ze swoimi końmi na te łąki przyjeżdżało dużo osób. Przyjeżdżał tu także na taki popas, na swym koniu, niejaki pan Aleksander Podlecki. Starszy pan, mógłby być dla wszystkich zgromadzonych tu osób ojcem, taka była duża różnica wieku. Wadą tego pana było to, że jednego młodzieńca napuszczał na drugiego. Początkowo opowiadał mu na ucho plotkę, że ta ,a ta osoba powiedziała o tobie takie gorszące rzeczy, a następnie drugiej osobie mówił to samo. To powodowało początkowo kłótnie, a następnie długotrwałe bójki. Ten widok podniecał pana Aleksandra, który kibicował na głos raz jednej stronie, a następnie drugiej stronie. Po wielu, wielu dniach takich napuszczeń przez pana Podleckiego, ja i reszta młokosów, doszliśmy do wspólnego wniosku, że wszystkie nasze guzy, które powstały na naszym ciele, to tylko z winy tego pana. Wspólnie ustaliliśmy, że damy temu panu lanie. Pewnego dnia, nad Wilią w miejscowości Oszkieraga, pan Podlecki zaczął swoją pieśń napuszczania. Ja i kolega Franek Lipiński zaczęliśmy bójkę. Pan Podlecki był w swoim żywiole. Kibicował jak najgłośniej, raz po stronie mojej, a następnie po stronie Franka. Reszta chłopaków niespodziewanie pochwyciła w koc pana Aleksandra, przykrywając nim jego tłuste ciało. Potem usiedli dookoła niego na brzegach koca i trzymali go co sił starczy przy ziemi. Ja z Frankiem przerwaliśmy naszą pozorowaną walkę, pochwyciliśmy uzdy końskie i nimi zaczęliśmy bez żadnych okrzyków uderzać w koc, a dalej pod nim pana Aleksandra. Pan Podlecki krzyczał w niebogłosy i wyrywał się jak umiał. Lecz przy tak licznym gronie maluchów był bezsilny. W biciu prowokatora brali dział wszyscy, którzy byli w jakiś tam sposób pokrzywdzeni. Po nasyceniu swej zemsty, wszyscy jak na komendę, jednocześnie odskoczyli od niego. Uwolniony organizator bójek starał się dopaść któregoś z nas i sprawić lanie, lecz mu się to nie udało. Byliśmy od niego szybsi i nie mógł nas dopaść.
     Ten fakt pan Podlecki zapamiętał, nikomu we wsi nie pochwalił się i więcej już w swym życiu nie napuszczał chłopaków na siebie.


4.  "Dwadcat adin".

    W latach gdy uczyłem się w szkole carskiej w Świętnikach zrobiłem psotę dla mego kolegi z ławki na przeciwko mnie, a było to na lekcji matematyki. Ten, uczeń niejaki Janek Tomaszewicz (w latach późniejszych nazywano go przezwiskiem "Polak") był bardzo tępy w nauce. Nauczyciel przepytywał go z tabliczki mnożenia. Janek nie odpowiadał, stał jak zamurowany. Nauczyciel z tabliczki mnożenia przeszedł na dodawanie i odejmowanie, Janek nadal milczał jak niemowa. Nauczyciel podniesionym głosem spytał go: "Skaży malczik skolko imiejesz palcow u ruk i nog". Janek nadal nic nie mówił więc mu podpowiedziałem cicho "Owadcat adin ".Janek bezmyślnie natychmiast o pochwycił i głośno na całą klasę krzyknął "Owadcat adin gaspadin". Na te słowa cała klasa wybuchła rykiem śmiechu. Nauczyciel też śmiał się długo i głośno. Potem powiedział, bardzo jest źle z tobą chłopaczku, musisz się uczyć matematyki od początku. Wszelka nauka i pomoc w nauce, szła mu ciężko. Pozostał analfabetą do końca życia. Na marginesie dodam, że po rodzicach dostał w spadku ponad 30 h ziemi. Posiadał najwięcej ziemi we wsi, lecz gospodarstwo prowadził w takim stanie, że można określić to słowami "Pożal się Panie Boże, nad tym domem".


5. Kot i wrona w bożnicy.

     Po ukończeniu szkoły w Świętnikach uczyłem się dalej w szkole ruskiej w Niemenczynie. W tej szkole uczyło się dużo dzieci z naszej wsi. Zakwaterowanie mieliśmy grupowe, na tak zwanych stancjach. Były to kwatery, w których w jednym pokoju mieszkało po pięciu i więcej młodzieży. Sami musieliśmy sobie gotować i prać. Po nauce nikt się nami nie opiekował. Robiliśmy co nam się podobało. Niektórzy chłopcy, którym rodzice nie mieli co dać do jedzenia musieli iść po prośbie, albo zarabiaii pracując jako pomoc w domach. Rąbali drewno na opał, nosili wodę ze studni do domu, opiekowali się młodszymi dziećmi i wykonywali _ inne prace. Aby przeżyć chodzili nad Wilię i na pola, łowić na wędkę ryby i ptaki W lesie na pętle łowili drobną zwierzynę. Gdy wszyscy byli najedzeni, a lekcje odrobione, z braku zajęć organizowali różne psoty, a nawet złośliwości. Teraz gdy jestem dorosły uważam, że tego rodzaju psoty nie powinny były zaistnieć. Bo każdy z ludzi ma swoją ambicję, pragnienie i wyznanie religijne, które należy uszanować. Lecz byliśmy wtedy młodzi, a młodzi, jak mówią ludzi, muszą się wyszumieć. W tym miasteczku mieszkało sporo Żydów, mówili oni swoim językiem.
     Prowadzili różne zakłady pracy, mieli swoje szkoły i chodzili się modlić do swych domów Bożych zwanych Synagogą. Wśród młodzieży katolickiej szerzyło się przekonanie, że Żydzi ukrzyżowali Chrystusa niewinnie i za to należy się im jakaś kara. Przeto nasza grupa postanowiła udzielić takiej kary Żydom z pobliskiego miasteczka. Ustaliliśmy, że złapiemy kota i do niego, po przez szyję, tułów i ogon, przywiążemy różne blaszanki. W tym czasie jeden z uczni złowił na polu, na żyłkę wronę. On to !:]proponował, że razem z kotem wrzucimy do bożnicy i wronę.
     W dniu, w którym w bożnicy było najwięcej Żydów, wrona i kot znaleźli się w Synagodze. W rzutu dokonaliśmy przez otwarte okno. Fruwająca i kracząca po bożnicy wrona oraz biegający kot z blaszankami robili dużo hałasu. Całe modlące się grono Żydów było przestraszone i oburzone Chcieli te zwierzęta wypędzić z budynku modlitewnego. Długo się to im nie udawało. Następstwem tego całe miasteczko, długi czas, o tym zajściu opowiadało jeden drugiemu. Wiadomość ta dotarła także do Świętnik. Mój ojciec chciał mnie i moich braci zbić za ten czyn, lecz my broniliśmy się na wzajem, że o tym zajściu nic nie wiemy. Środowisko żydowskie koniecznie chciało ustalić, kto ten haniebny czyn dla nich zrobił. Lecz wszyscy katolicy w miasteczku, w stosunku do poszukiwań żydowskich, . nabrali wody w usta i milczeli w tej sprawie. My też tego zajścia mocno przestraszyliśmy się i już nigdy więcej takich kawałów nie czyniliśmy.


6.  Wspomnienie o nauce.

    W szkole carskiej nie uczono o Polsce, aby dać dzieciom trochę wiadomości, ojciec wynajmował prywatnie nauczyciela Polaka. On uczył potajemnie mnie i moich braci języka polskiego i historii Polski. Ogólnie biorąc wiek szkolny wspominam niechętnie, bo w nauce nie byłem asem. Zaliczałem się do przeciętnych uczniów. Ciężko mi szły przedmioty humanistyczne, natomiast łatwiej przedmioty ścisłe. Do matematyki w języku ruskim tak się przyzwyczaiłem, że do dziś, po wielu już latach w Polsce, gdy musiałem coś liczyć czy mnożyć to przechodziłem z języka polskiego na rosyjski. W języku tym było mi o wiele łatwiej liczyć.
    Tuż przed rozpoczęciem pierwszej wojny światowej, w naszej wsi był bardzo niedobry sołtys. Ten pan nazywał się Podlecki, rodem z Małych Świętnik. Swoim postępowaniem doprowadził do zastraszenia i zniewolenia ludności _ całej wsi. Żądał od gospodarzy różnych korzyści materialnych dla siebie. Na co dzień wystarczało dla niego postawienie butelki wódki z dobrą zagrychą. W stosunku do tych osób, którzy to nie czynili był bezwzględny. Słusznie, czy nie słusznie robił donosy do władz gminnych i milicji carskiej. Więc przeważnie, gdy tylko sołtys zjawił się w zagrodzie, gospodarz organizował mu napoje wyskokowe i jedzenie. Ta sytuacja tak obrzydła ludziom ze wsi, że byli gotowi na wszystko, byle się go pozbyć ..
     Otóż jednemu z gospodarzy, o nazwisku Podlecki, (nie jest on spokrewniony z sołtysem) zamieszkały w Świętnikach, o przezwisku Madej, przyszedł do głowy, pomysł zabicia tego ciemiężyciela wsi. Więc zaczął w śród ludzi szukać pomocnika, do wykonania tego razu, w polu, w miejscowości Prudele, ten pomysłodawca zaczepił mnie i zaczął namawiać, abym pomógł mu w zgładzeniu tego sołtysa. Ja mu kategorycznie odmówiłem i myślałem, że to jest tylko żart z jego strony. Lecz po kilku dniach na terenie wsi, przypadkowo spotkałem pana Madeja. On natychmiast przystąpił do namawiania mnie, abym wziął udział, przy zabiciu sołtysa. Ja ciągle mu odmawiałem. Lecz po kilku takich rozmowach, nieopatrznie zapytałem, jak on to widzi, wykonawstwo tej roboty. Więc natychmiast ucieszył się i określił sposób wykonania zbrodni. Powiada, że za parę dni, będzie we wsi wesele .Na tym weselu, na pewno będzie zaproszony sołtys. Zresztą, czy będzie, czy nie będzie zaproszony on i tak przyjdzie na nie. Bowiem na wszystkie wesela we wsi przychodził. Po imprezie, gdy napije się i naje do syta, idzie na przespanie się do swojej kochanicy. Jej domek jest na uboczu wsi. Tu zrobimy zasadzkę. Ogłuszymy go tępym narzędziem. Ciało włożymy do worka i zaniesiemy do pobliskiego zagajnika. Tam są doły po kartoflach, zakopywanych na okres zimy, celem przechowania ich. Do jednego z takich dołów wrzucimy ciało i zakopiemy dół. Nikt o tym nie dowie się. Nikt go szukać nie będzie, jedynie wszyscy będą cieszyć się, ze zniknięcia sołtysa. Swoją opowieść przyjął za dobrą monetę. Poinformował mnie, że w określonym dniu. i godzinie, przyjdzie po mnie. Dalej nie czekając na moją decyzję odszedł. Ta wiadomość bardzo mnie przestraszyła . Nie wiedziałem co z sobą począć, jak mam postąpić. Czy donieść o tym do milicji carskiej. Byłbym wtedy w oczach wsi najgorszym donosicielem. Zastanawiałem się, czy wziąć w tym udział i popełnić grzech śmiertelny, a tym samym nosić na sobie plamę mordercy.
     Wybrałem coś pośredniego. Krytycznego dnia, potajemnie wyjechałem do Wilna do brata Alfonsa. Tam przebywałem około czterech dni. Tymczasem we wsi działy się ciekawe rzeczy, na ten temat. Sołtys na weselu mocno popił. Picie rozochociło go do dalszej zabawy. Pod pretekstem małego spaceru wyruszył na wieś celem znalezieniem nowej okazji do rozrabiania. Zachodził do domów z góry przez siebie wybranych i żądał natychmiastowego poczęstunku alkoholem. Przestraszeni ludzie stawiali mu, co żądał i w duchu przeklinali, żeby zapił się na śmierć. Widać, że Bóg ich przekleństwa wysłuchał. W jednym z takich domów, sołtys był już tak opity, że zaraz po wstaniu od stołu powalił się na pobliskie łóżko. Po pewnym czasie, gospodarz zauważył, że leży sołtys na wznak, a z otwartych ust bucha mu niebieski płomień ognia. Później wyjaśniło się to zjawisko. Sołtys miał tyle alkoholu w sobie, że od temperatury wewnętrznej ciała, alkohol zaczął parować. A przy ujściu zewnętrznym ustami nastąpił samoczynny zapłon alkoholu. Gospodarz, gdy to zobaczył z przestrachu wybiegł na drogę, zaczął wołać o pomoc. "Ludzie, kochani pomóżcie - sołtys pali się". Z początku ludzie żartowali i mówili, a niech ten piekielnik się spali. Potem, a szczególnie kobiety, uwierzyli i poszli oglądać ten wypadek na własne oczy. Faktycznie z ust buchał duży nie- bieski płomień. Próbowano zgasić go wodą ale nie dało to żadnych rezultatów. Jedna z kobiet zażartowała "ogień piekielny można zgasić tylko moczem".
     Kobiety podchodziły do denata ułożonego na podłodze, stawały okrakiem nad nim i sikały na twarz, a mocz rozbryzgiwał się po całym ciele. Sołtys był już cały mokry, a ogień nadal buchał. Po dłuższej chwili takiej zabawy w sikanie, stanęła do obowiązku ratowania, potężna w swej tuszy pani Rasimowicz. Miała tak silny strumień moczu i dużą ilość, że natychmiast ogień z ust denata znikł. Lecz już nie obudzono go z zamroczenia alkoholowego. Sołtys zmarł. Wieść o zgonie rozeszła się po całej wsi lotem ptaka. Ze wszystkich stron zaczęli napływać ludzie. Zamiast smutku, we wszystkich oczach było widać radość. Położono denata na ławie i niesiono go na niej do jego domu. Za zwłokami szła prawie cała wieś. Bito w bębny i blachy, by w ten sposób uczcić swoją radość w raz z odejściem z tego świata nieuczciwego człowieka. Na samym pogrzebie nikt z ludzi wsi nie wziął udziału, jedynie najbliższa rodzina ˇdenata. ";9 po powrocie do Świętnik myślałem, że to sam pan Madej taką śmierć dla sołtysa przygotował. Ale później doszedłem do wniosku, że on w tym zajściu nie brał żadnego udziału. Ten wypadek sam się wytworzył. Może to Bóg wysłuchał prośby i klątwy mieszkańców wsi. Z panem Madejem już więcej na ten temat nie rozmawiałem. Natomiast wieś, na ogólnym zebraniu w obecności gminy wybrała mnie na nowego sołtysa.


8.  Jak najdalej od wojska rosyjskiego.

    Gdy wsią rządził sołtys, o którym pisałem powyżej, była nagonka do wcielania do służby w wojsku carskim. Mężczyźni w wieku 18-25 lat ciągle byli wzywani na komisje wojskowe, celem ustalenia przydatności danej osoby dla wojska. Nie wcielano do wojska mężczyzn chorych na ciele i umyśle. Ja nie chciałem być w wojsku ruskim. Uważałem się za Polaka, a Rosjanie dla mnie to wrogowie numer jeden. Jednak, czy chciałem, czy nie mój rocznik podpadał pod przegląd w komisjach wojskowych. Ciągle dopytywałem się u wszystkich znajomych, o sposobie uniknięcia służby wojskowej. Przy załatwianiu spraw podatkowych w gminie, spotkałem na ulicy mojego nauczyciela, który uczył potajemnie mnie i moich braci języka polskiego oraz historii polskiej. Jemu to opowiedziałem, że za miesiąc mam stanąć na komisję wojskową i bardzo chcę uniknąć służby w wojsku carskim. On mnie pocieszył, że będzie mógł w tej sprawie coś zrobić. Zaznaczył równocześnie, że ten zabieg oddalenia wojska jest bardzo bolesny, a nawet może przynieść na stałe uszczerbek na zdrowiu. Nauczyciel podał mi adres w Wilnie osoby, która takie zabiegi przeprowadza, wraz z listem polecającym. Gospodarz adresu polecając~3go nakreślił mi sedno sprawy, że podda me ciało sztucznemu owrzodzeniu. Zapewnił mnie, że po tym zabiegu komisja na pewno odroczy mi służbę wojskową na kilka lat. Ustalił, że na dwa tygodnie przed komisją zgłoszę się do niego, a on wstrzyknie mi pod skórę zarazki chorobotwórcze (ropne owrzodzenie).Ten zastrzyk z ropy spowoduje, że obok wstrzyknięcia powstanie pełno wrzodów. Byłem bardzo zdenerwowany tą sytuacją ale wojskiem carskim jeszcze bardziej przestraszony. W odpowiednim dniu zgłosiłem się do niego. Strzykawką która była bardzo daleką krewną obecnej, wstrzyknięto mi ropę w pośladek i plecy. Potem dał mi zioła do okładania ran i do picia, z przeznaczeniem na kurację po zakończeniu posiedzenia komisji wojskowej. Wstrzyknięta choroba, do dnia posiedzenia komisji tak się rozwinęła w moim organizmie, że nie mogłem chodzić. Leżałem obłożnie chory, a ropiejące wrzody zajęły mi całe plecy i zadek.
     Na komisję w Niemenczynie zawiózł mnie wozem Ojciec. Komisja po obejrzeniu ran, skierowała mnie na leczenie do szpitala wojskowego w Wilnie. Poprawy w chorobie nie było widać, więc lekarz zadecydował o zwolnieniu mnie ze służby wojskowej na stałe i odesłał do domu. W mieszkaniu zacząłem pić wywar z przygotowanych ziół, a na rany przykładać, także okłady z ziół o innym składzie niż do picia. W ciągu dwóch tygodni kuracji ziołowej wrzody z organizmu znikły, a rany się pogoiły i ja mogłem wrócić do normalnego życia.
    Więcej w swoim życiu nie byłem na żadnej komisji wojskowej. Władza caratu upadła, a po wojnie powstało państwo polskie.

9.  Praca ponad siły.

    Z biegiem lat rodzeństwo moje wyrosło, wyszło z domu i rozjechało się po całym kraju. Jedynie na ziemi, przy Ojcu, pozostałem ja.
     W latach 1908 - 1914 władze caratu potrzebowały dużo drewna, szczególnie szpałów (podkładów), do rozbudowy kolei W odległości 1,5 km od wsi ŚWiętniki, nad rzeką Wilią w miejscowości Baranie był zorganizowany drobny przemysł tartaczny. Nie było tam żadnych maszyn, a wszelką pracę ludzie tam wykonywali ręcznie. Do Baranie rzeką spławiano, a z okolicznych lasów zwożono dłużycę drewnianą i przerabiano ją na szpały. Do tego tartaku była doprowadzona bocznica kolejowa. Raz na dobę były podstawiane wagony do załadunku szpałów. W tym tartaku pracowało przez całą dobę sporo ludzi, około 120 osób. Byli tam pilszczycy dłużycy, robotnicy niewykwalifikowani, flisacy, wozacy, drwale, ładowacze i pracownicy administracji. W tym tartaku pracowałem fizycznie, na akord, a praca polegała na załadunku szpałów do wagonów i ich mocowanie w wagonie. Pracowałem w tym tartaku około 6 lat. Norma dzienna przy załadunku wynosiła jeden wagon na osobę. Załadunek odbywał się nocą. Po krótkim przespaniu się, pracowałem dalej razem z ojcem na roli. Za te załadunki dobrze płacono. Przez ten okres pracy zarobiłem dużo pieniędzy. Pieniądze zarobione przeze mnie oddawałem ojcu, a od niego otrzymywałem trochę pieniędzy na moje kawalerskie wydatki. Starym zwyczajem ojciec gromadził je w szufladzie sofy stojącej w pokoju gościnnym, zwaną stancją. Gromadzenie pieniędzy rozpoczął mój dziadek Daniel Gulbinowicz. Bowiem jego żona a moja babka miała brata księdza i od niego otrzymywała pieniądze Dziadek te drobne pieniądze wymieniał na banknoty 200 - 500 rublowe lub też na złotniaki i kładł je w przysłowiową pończochę, jako zapas na ciężkie czasy. Ciężkie czasy jednak nie przychodziły, to też ta pończocha co raz więcej pęczniała. Po śmierci dziadka i babci ten spadek przypadł memu ojcu, a on nadal go powiększał. W tamtych czasach, to jest przed pierwszą wojną światową wartość pieniądza była wysoka. W przeliczeniu na kupno ziemi można było za nie kupić majątek ziemski 500 hektarowy. Ojciec i ja mieliśmy zamiar zakupić majątek Karoliszki, który był wtedy na sprzedaż. Nie doszło jednak do zakupu z braku różnicy cen, ojciec za mocno cenił nagromadzone pieniądze. Później już za czasów Polski, te ruskie pieniądze (banknoty) walały się po szufladzie, jako bezwartościowe papiery, a dzieci moje bawiły się nimi w handel, sprzedaż - kupno różnych owoców i warzyw.
     Z tej mojej opowieści możemy wyciągnąć wniosek, że nie warto gromadzić pieniędzy lecz od razu skonsumować je na jakąś potrzebę, by później nie mieć pretensji do siebie, że się je zmarnowało.

10.  Wędrówka bilonu carskiego.

    Bilon zarówno srebrny jak i złoty, ojciec jak i macocha gromadzili oddzielnie. Po śmierci ojca macocha bilon ten przechowywała w sobie znanych kryjówkach i gdy sama zmarła, córka jej a moja siostra przyrodnia, nie czekając pogrzebu, zażądała natychmiast spadku po matce. Spadek składał się z ogromnego kufra obitego sztabami żelaznymi. W tym kufrze, prawie pełny po wieko, znajdowały się zwoje płótna lnianego. Miał on też wbudowane różne skrytki, Aby ludzie zgromadzeni na pogrzebie nie byli świadkami niepotrzebnego zatargu miedzy bratem i siostrą oddałem ten kufer. Czasami przychodziła mi myśl, co macocha zrobiła z bilonem. Bilon ten ujawnił się z chwilą zgonu mojej siostry Marii Wąsowicz-Misiug.
     Jej syn Romuald zaczął sprzedawać złotniaki i przepijać je. Po pijanemu, w czasie snu, Romuald Misiug został okradziony ze złotników przez synów Konstantego Podleckiego, zamieszkałych w Małych Świętnikach, wnuków sołtysa opisanego w rozdziale "Kuszenie diabła", Przy podziale łupu, złodzieje się nie pogodzili i jeden brat w bójce zabił drugiego. Romuald Misiug starał się odzyskać skradzione złotniaki, lecz bez żadnego skutku, zostały przepite przez złodziei i ich kumpli. Tak to się kończy opowieść o pieniądzach zarobionych przeze mnie, mojego ojca, i ze spadku po mojej babce - żonie Daniela Gulbinowicza.

11.  Rozmieszczenie ziemi przed komasacją.

    Jak już wspominałem, wszystkie dzieci Kazimierza opuściły dom rodzinny przy ojcu pozostałem tylko ja. Razem z ojcem uprawialiśmy 20 h ziemi, była to ziemia w tak zwanych sznurach. Rozrzuconych w różnych miejscach wsi, w większych lub mniejszych kawałkach ziemi. Razem tych kawałków ziemi było 16 sztuk. Prócz tego wieś posiadała ziemię wspólna, koło szkoły - tak zwany wygon, łąki nad rzeczką obok wsi Pelikany oraz olchowy lasek zwany Olszniakiem tuż przy miejscowości Asiukła.

12.  Odezwała się żyłka polskości.

    W roku 1920 cofające się wojska sowieckie, z pod Warszawy, zaszły do wsi Świętniki na zaopatrzenie się w żywność, by móc potem dalej się cofać w kierunku Podbrodzia przez most kolejowy na rzece Wili. Od sołtysa, to jest ode mnie, zażądali zebrania z całej wsi żywności i zgromadzenia jej na placu obok budynku szkolnego. W czasie organizacji zbiórki żywności zauważyłem, że z kierunku południowego, od strony szosy Niemęczyn - Bujwidzie, zbliża się do wsi tyralierą jakieś wojsko. Po obserwacji rozpoznałem w nim Wojsko Polskie. Nie czekając długo, chyłkiem, niezauważony przez nikogo, udałem się w tym kierunku. Tam nastąpiło spotkanie i wyjaśnienie o sytuacji jaka panuje w wsi. W oparciu o moje objaśnienia, dowództwo legionistów rozdzieliło swych żołnierzy na dwa oddziały. Jedna trzecia wojska pozostała na miejscu, na czatach, a dwie trzecie jednostki wojskowej, pod wskazaniem moim, udało się w drogę okrężną aby zajść zgromadzonych Rosjan od tyłu. Te okrążenie trwało około 1,5 godziny. Następnie legioniści pozostali na czatach zaczęli strzelać z ukrycia w kierunku Rosjan. Strzały były zmasowane i wzbudziły popłoch wśród Rosjan, którzy napływającą żywność od chłopów porzucali i w popłochu zaczęli uciekać w kierunku Brasteli i dalej na most nad rzeką Wilią w Santoce. Droga była na dnie jaru, a tam po obu brzegach jaru, już czekali legioniści. Zasadzka udała, się rozbrojono w niej około 300 Rosjan.

13.  Żona i jej rodzina.

    Na początku roku 1920 zapoznałem pannę Wiktorię Gałecką z Bujwidź, a pod koniec tego roku pobraliśmy się. Ojciec żony Aleksander podupadły ziemianin, swojej ziemi nie posiadał, lecz tylko dzierżawił obce majątki. W tym czasie dzierżawił majątek ziemski w Bujwidziach. Matka żony Tekla, z domu Hryniewska, była szlachcianką zaściankową. Posiadała papiery szlacheckie i często w rozmowach rodzinnych pokazywała je nam. Żona miała liczne rodzeństwo i tak w kolejności: Konstanty, Kazimierz, Zofia, Józef, Stanisława, Wiktoria i Jadwiga. Według opowieści żony był jeszcze jeden brat o imieniu Antoni, prawdopodobnie był on najstarszy, nigdy go nie widziałem, ponieważ wyjechał na wojnę japońsko - rosyjską i nigdy z niej nie powrócił.

14.  Moje dzieci.

     Z małżeństwa mojego z żoną Wiktorią urodziło się pięciu synów.
w roku 1923 syn Józef
w roku 1928 syn Zdzisław
w roku 1930 syn Aleksander
w roku 1940 syn Daniel
w roku 1942 syn Jerzy
    Ponadto żona była w ciąży w 1938 roku lecz poroniła dziecko

15.  Śmierć i pochówek ojca.

     W dniu 27 maja 1926 roku umiera mój ojciec Kazimierz Gulbinowicz. Był to człowiek na ogół lubiany przez społeczność wiejską. Jako dobry śpiewak, organizował często spotkania sąsiedzkie, na których śpiewano piosenki religijne, zwane godzinkami. Jako śpiewak często chodził po pogrzebach, gdzie śpiewał przy zwłokach pieśni pogrzebowe. W związku z tymi jemu śpiewacy wiejscy śpiewali przy trumnie. Został pochowany na cmentarzu w Bujwidziach, tuż przy bramie, po lewej stronie, około 15 m od niej. Postawiłem na grobie ojca pomnik przypominający pień drzewa, z zaznaczeniem odchodzących od niego konarów.

16.  Pierwsze samodzielne rządy na gospodarstwie.

    Po śmierci ojca, ja obejmuję w pełni władzę nad ziemią. Staram się poprawić jej strukturę orną przez nawożenie organiczne i mineralne. Wprowadziłem nowe propagowane przez państwo rośliny i zwierzęta. Przykładem tego może być sprowadzenie do stada owiec barana bezrogiego typu merynos Dążyłem także do zmechanizowania prac w gospodarstwie jako pierwszy we wsi zakupiłem kierat (w języku potocznym Wilnian mówiono na niego manież), młockarnię i arfę. Przy pomocy brata Bronisława i pszczelarza z Wilna o, nazwisku Iskierko założyłem dużą pasiekę pszczelą, około 60 uli. Zakupiłem wirówkę (zwaną potocznie centerfugą) do oddzielania śmietany z mleka. W dalszej kolejności założyłem z zamożniejszymi rolnikami spółdzielnię mleczarską w osiedlu Ochotniki niedaleko Świętnik. Aby jeszcze zwiększyć dochodowość gospodarki ozierżawiłem od lasów państwowych, około 10 h, po wyrąbanym drzewostanie, na tej ziemi uprawiałem żyto i owies.

17.  Choroba żony.

    W tym czasie, a dokładnie 1931 roku żona moja Wiktoria zachorowała na gruźlicę. Leczenie trwało około 4 lat i kosztowało mnie 4 krowy, które zmuszony byłem sprzedać, by ją ratować. Wysiłek nie poszedł na marne, żona została wyleczona. Po chorobie jeszcze długo żona nie mogła się przystosować życia i otoczenia. Ciężko jej było z oddychaniem, szczególnie gdy szła pod wiatr lub pod górę.

18.  Zakup ziemi.

    W roku 1933, chociaż było trudno z braku pieniędzy, udało mi się ich zgromadzić tyle by zakupić 2,5 dziesięciny (w przeliczeniu na hektary to około 5 hektarów ziemi) od Piotra Barcewicza ze Świętnik. Zakupiona ziemia znajdowała się niedaleko miejscowości Czyżyszki. Pieniądze na zakup ziemi uzyskałem, poprzedniej zimy ciężką pracą, przy wywozie własnym taborem drewna dłużycowego z lasów państwowych nad rzekę Wilię, celem spławienia go do Wilna.

19.  Komasacja.

    We wsi organizowałem wśród rolników częste narady i namawiałem ich na gospodarkę komasacyjną, polegającą na zgromadzeniu ziemi z różnych miejsc w jedną całość w innym miejscu. W roku 1934 sporządziłem listę chętnych do takiej reorganizacji i złożyłem podanie do władz gminy Niemenczyn, z prośbą o przysłanie mierniczego celem przeprowadzenia we wsi komasacji. Mierniczy przybył i przez dwa lata 1935 - 1936 pracował przy komasacji gruntów wsi. Chciałem koniecznie by po komasacji otrzymać ziemię oddaloną od wsi. Choć tam ziemia była o słabszej kategorii gruntu, lecz tym samym mogłem jej otrzymać więcej. Jednak całość wsi nie chciała się na to zgodzić i zmusili mnie na ziemię położoną w całości przy miejscu zamieszkania. Ziemia tu była lepszej kategorii, a tym samym było jej mniej. Działka jaka mi przypadła, to z:emia orna 18 h obok domu, las 4 h położony miedzy koleją, a brzegiem Wilii, na przeciw osiedla Maziulany obok mostu kolejowego zwanego przez ludzi mostem Piłata. Las był oddalony w prostej linii od domu o 2,5 km Przypadła mi także łąka bagienna (torfowa) o powierzchni 2 h, porośnięta krzakami, w miejscowości Spragielina. Była on położona między koleją, a rzeką Wilią, niedaleko przystanku kolejowego Urwidów. Łąka była oddalona od domu o około 4 km.

20.  Budowa nowej stodoły.

    W latach 1939-1940 panował we wsi wielki ruch. Gospodarze rozbierali swe budynki, przewozili je na nowe miejsca i tam odbudowywali je na nowo. Ja takiego nakazu w sobie nie miałem, gdyż pozostałem z woli wsi na miejscu. To jednak zacząłem coś zmieniać w swoich budynkach. W pierwszej kolejności przyszła pora na stare gumno (stodołę), które było za małe dla potrzeb gospodarstwa, więc je rozebrałem. Tu jako ciekawostkę, dodam małą opowieść: Przy robieniu miejsca na budowę nowej stodoły musiałem wymłócić całe zgromadzone zboże w starej stodole. Omłoty były na początku wiosny, gdy panowały duże roztopy. Gdy omłoty dochodziły końca i zdejmowano już ostatnie pokłady snopów, nastąpiła inwazja nagromadzonych tam myszy. Pod każdym snopem było ich od 3 do 8. Koty i psy nie dawały sobie z nimi rady, więc my, miotłami i widłami gnaliśmy je z gumna na podwórko. Prawie cała stodoła była oblana dookoła bajorem, uciekające myszy tonęły w nim zbiorowo. Na miejscu starej stodoły pastwiłem nową, dużo, dużo większą. W nową stodołę wbudowałem wnękę na manież (kierat). W tej wnęce konie pracujące w manieżu miały dach nad głową, jako zabezpieczenie przed deszczem i upałem. Nowe gumno nie postało długo, dokładnie 14 lat.
     W roku 1948 we wsi z woli władzy ZSRR założono kołchoz. Odebrano mi wszystkie budynki, narzędzia pracy zwierzęta oraz ziemię. Choć gumno nie było już moje to jednak było mi go żal, gdy latem 1951 roku uderzył w niego piorun. Stodoła spaliła się doszczętnie, a wraz z nią pełno zebranego z pola zboża. Z obawy o swe życie ludzie nie mogli jej ratować, gdyż w płonącej stodole ciągle następowały jakieś wybuchy, bowiem w słomianym dachu tego budynku były schowane, przez mego syna Józefa, naboje do karabinu. Na zgliszczach stodoły, po pożarze kołchoz wybudował nowe gumno, już bez dobudówki na manież
 

  

21.  Budowa łaźni.

    Następną budowlą było wybudowanie łaźni fińskiej z ławami na mycie się i półką do parowania ciała i obijania się wienikiem brzozowym. Woda między piecem, a beczką krążyła w obiegu zamkniętym Z beczki biegły rury do pieca, gdzie były wygięte i wracały z powrotem do beczki. W wewnątrz pieca, na kratownicy z belek żelaznych, był ułożony stos kamieni, przez które przechodził płomień ognia i nagrzewał je do wysokiej temperatury. Same palenisko i stos kamieni był obudowany murem ochronnym, aby uniknąć zaprószenia ognia na zewnątrz pieca. Gdy łaźiennicy ustalili, że będą chwostać się (obijać się) wienikiem, otwierano drzwiczki nad kruśnią (stosem kamieni), i wlewano na rozgrzane kamienie około litra wody, która w mig zamieniała się w suchą parę wodną. Para podnosiła w całym pomieszczeniu temperaturę powietrza do koło 50 - 70 stopni. Wówczas chętni wchodzili na półkę pod sufitem, brali ze sobą misę zimnej wody i obijali się wienikiem. W międzyczasie ochładzali się zimną wodą z miski. Chwostanie się wienikiem powodowało, że w skórze otwierały się pory potowe, łuszczył się naskórek i wypłukiwało się wszelkie zatłuszczenie skóry. W samym organizmie, też zachodziły przy tym chwostaniu duże zmiany, ubywało dużo tłuszczu i wody. A propos wienika, był on zrobiony z młodych gałązek brzozowych z liśćmi i wysuszonych do sucha. Przed użyciem, aby gałązki się nie łamały, był zanurzany w bardzo gorącej wodzie. W czasie gdy osobnicy chwostali się na półce wienikami, dzieci i starcy wychodzili do sieni, nie mogli wytrzymać wysokiej temperatury. W okresie zimy, niektórzy po chwoście winikiem, bezpośrednio z półki wychodzili na zewnątrz łaźni i tarzali się w śniegu. Wtedy chłodu nie odczuwało się, wiem bo sam to wiele razy robiłem. Podłoga w łaźni była wybetonowana, a na niej leżały podesty drewniane. Brudna woda spływała po betonie do najniższego punktu, a z stamtąd rurami była odprowadzana na zewnątrz budynku. Pomieszczenia do rozbierania i ubierania się były oddzielone. Z tej łaźni, oprócz mojej rodziny, korzystało dużo innych rodzin wiejskich. Mycie w łaźni przebiegało w dwóch turach, najpierw mężczyźni, a po nich kobiety. Obsługę łaźni, jak naniesienie wody do beczek, nagrzanie wody gorącej w 0eczce oraz kamieni w kruśni, dokonywał gospodarz według ustalonej kolejki obsługi łaźni.


22. Budowa nowej obory.

    Po łaźni rozpocząłem budowę budynku dla zwierząt, oddzielnie dla trzody chlewnej i oddzielnie dla krów, owiec i koni. Budynek posadowiłem na wysokich fundamentach co pozwoliło, że przez cały okres zimy obornik nie musiał być wywożony. Jeszcze na wiosnę obornik nie zakrywał tych fundamentów. W chlewni jak i oborze były wbudowane duże okna, a wentylacja powietrzem odbywała _ się poprzez przewody zrobione z desek, które były wyprowadzone ponad dach. Wywóz obornika odbywał się wozem, którym wjeżdżano do środka i wyjeżdżano z budynku przez drzwi umieszczone z obu jego stron. Między chlewnią a oborą było pomieszczenie magazynowe, a w nim parnik na przygotowanie paszy dla zwierząt. Po wybudowaniu tego budynku stwierdziłem, że jest on za mały na moje potrzeby gospodarcze, lecz i tak był to postęp w stosunku do innych gospodarzy.


23.  Prace przy gospodarowaniu.

    IZakres prac w polu i przy oporządzaniu zwierząt był wielki, swoimi i żony rękami nie dałbym rady, więc za ustaloną zapłatę zatrudniłem dodatkowo trzy osoby. Do prac polowych mężczyznę zwanego parobkiem, do prac domowych dziewczynę oraz do wypasu bydła chłopca podlotka zwanego pastuchem. Chłopak wypasał bydło i owce w pobliskim lesie, który dzierżawiłem od lasów państwowych. W miarę UpłyWU lat moje dzieci dorastały i one zastępowały w pracy ludzi do tego wynajętych.


24.  Moja choroba psychiczna.

    W zapędzie opisywania swojego życiorysu zupełnie zapomniałem, że w latach 1937 - 1938 przeżyłem załamanie psychiczne. Choroba ujawniła się w ogromnej zazdrości o żonę uważałem, że żona mnie zdradza. Robiłem jej awantury i doprowadzałem do kłótni. Z biegiem lat, już po wyleczeniu, uważam że ta zazdrość i kłótnie w stosunku do żony były niesłuszne. Tego samego zdania byli moi bracia, więc przybyli do nas i po dłuższej namowie zabrali mnie do Wilna. Tam byłem leczony przez okres trzech miesięcy. Leczenie powiodło się, a nawrót choroby już nie powtórzył się. Podczas mojej choroby, oprócz dzieci na roli pracował brat żony Józef Gałecki.


25. Jeszcze jeden zawód.

     Zupełnie zapomniałem Wam opowiedzieć, że oprócz zawodu rolnika miałem zdobyty zawód kastratora zwierząt. Tego zawodu wyuczyłem się przy wędrownym Rosjaninie, o obrządku starowierów , w okresie rządów Rosji carskiej. U jego boku i pod jego wskazówkami przeprowadziłem wśród wiejskich zwierząt nie jeden zabieg kastracji. Ten starowier kastrował przeważnie konie i duże byki, ale nie gardził też kastracją drobnych zwierząt On z tego zawodu utrzymywał swoją rodzinę. Potem gdy ten Rosjanin poszedł pracować w tym zawodzie w głąb Rosji, ja jego nauki i praktyki zarzuciłem, i powróciłem do ojca. Tu już zacząłem samodzielnie przeprowadzać kastrację małych prosiąt i małych ciekunków ( baranów), najpierw w ojcowskiej zagrodzie, a później dalej u najbliższych sąsiadów we wsi. Gdy ludzie ze wsi dowiedzieli się o mym zawodzie kastratora, zaczęli mnie prosić abym i w ich gospodarstwach przeprowadził zabiegi kastracji prosiąt i baranów, oczywiście za odpowiednią zapłatą za tą usługę. Później gdy nabrałem wprawy i odwagi zacząłem kastrować i duże zwierzęta, jak byki, ogiery, knury i psy. Największe przeżycie miałem przy kastracji własnego kota. Otóż w mojej zagrodzie było wiele kotów, przeważnie były one obdarowywane imieniem - "Marcin". Na starość te koty stawały się leniwe i nie chciały już polować na myszy. Mówiono we wsi, że jeśli takiego kota leniwego wykastruje się to on nie będzie biegać za kotkami, lecz będzie zawzięcie polować na myszy. Postanowiłem więc na próbę wykastrować swego kota Marcina. Przy kotach praktyki osobistej nie miałem, lecz memu synowi Józkowi odważnie powiedziałem, dziś pomożesz mi przy kastracji Marcina. Nakazałem mu: weź but z długą skórzaną cholewą włóż w cholewę buta kota głową w głąb butaˇ i przytrzymaj go, a ja na cholewie zacisnę mocno sznurek aby utrudnić kotu ruch w bucie. Przed tą czynnością nałóż na ręce podwójne rękawice, by kot cię nie podrapał. Jak poradziłem synowi tak on to uczynił. To jednak w czasie kastracji kot mocno wierzgał się w tym bucie i miauczał Jego pazury od przednich łap wyszły na wierzch cholewy poprzez skórę buta. Zaś drugie tylne pazury przebiły podwójną skórę rękawic, lecz nie uszkodziły rąk synowi. Sam zabieg kastracji przebiegł pomyślnie. Po wypuszczeniu kota z objęć cholewy, wyskoczył on z niej jak oparzony wrzątkiem i od razu zaszył w pobliskie pokrzywy ogrodu. Bacznie go obserwowałi::m, kot ciągle lizał swe krocze i tu można powiedzieć, że przy tym lizaniu kot się wylizał. Ten zabieg mało wpłynął na usposobienie kociej natury. Może jakby stał się więcej zachłanny przy polowaniu na myszy, ale nadal lubił wylegiwać się w ciepłym miejscu mieszkania Mnie i syna Józka unikała, a gdy się zbliżaliśmy do niego to uciekał. Własnego psa o imieniu "Piłkas" też przy pomocy syna Józka wykastrowałem. Aby pies nie skrzywdził syna przy tym zabiegu, poleciłem synowi włożyć psa do worka głową i przytrzymać go. Ja zaś koniec tego worka zawiązałem mocno i ściśle tuż przy tylnych nogach psa. Położyliśmy psa plecami do ziemi i przykryliśmy jeszcze głowę psa końską derką a na to usiadł syn i rękami też w rękawicach uchwycił psa za tylne nogi. Sama kastracja przebiegała tak samo jak u innych zwierząt. Skórę moszny umyłem i odkaziłem spirytusem. Scyzorykiem ostrym jak brzytwa naciąłem skórę nad jądrem i w tej samej chwili trzymane drugą ręką jądro wyskoczyło z otworu skóry. Nożykiem naciąłem błonę jądrową i ją usunąłem. Za tym już znajdowało się same jądro, więc wziąłem jądro w rękę i wyciągnąłem poza obszar ciała. Zostaje jeszcze zupełnie cienkie połączenie jądra z resztą ciała. Tę resztówkę przeciąłem nożykiem na samym jej skraju. Jądro jest już luźne. Dalej następuje nowe cięcie skóry moszny nad drugim jądrem i tym samym sposobem usuwam go z ciała. Po tym zabiegu puściłem psa wolno. Pies jak to pies, za parę dni swe rany wylizał i stał się zdrowy. Kilkanaście dni stronił od swych krzywdzicieli, a później zapomniał i nadal łaszczył się gdy zobaczył swego pana. Po tej kastracji pies stał się więcej agresywny do obcych zwierząt i ludzi. Małe jądra po zabiegu zakopywałem w ziemi. Natomiast jądra zwierząt dużych z własnej zagrody, kazałem żonie usmażyć na tłuszczu z cebulą. Był to wspaniały przysmak dla całej rodziny. Natomiast podczas kastracji zwierząt dużych u gospodarzy we wsi, jądra oddawałem gospodyni domu z powiadomieniem, że jest to mięso jadalne i bardzo smaczne. Co dalej z nimi pani domu zrobiła to już nie było moją sprawą. Otóż tu po krotce opisałem Wam jak ja spełniałem ten dodatkowy zawód w mym życiu. W tym zakresie nie zabrałem tych wiadomości ze sobą do grobu. Przez wiele lat przysposabiałem i uczyłem tego zawodu mego syna Olka. I mogę stwierdzić, że syn mojej nauki nie zmarnował. Dziś już z nieba widzę, że jego ręce wspaniale tę czynność wykonują.


26.   Mobilizacja.

    Na arenie międzynarodowej sytuacja polityczna zaostrza się, Niemcy i ZSRR całą swą machiną zbrojeniową dążą do wojny. Rząd Polski przeczuwając wybuch wojny, ogłosił mobilizację w pierwszych dniach lipca 1939ˇ r. Mobilizacja dotyczyła ludzi, zwierząt i sprzętu przydatnego dla wojska. W moim gospodarstwie została zabrana dla potrzeb wojska klacz o nazwie "Szwedka" i wóz. Konia i wóz musiałem dostarczyć do jednostki wojskowej w Wilnie, a następnie polecono mi obsługiwanie ich, aż do odwołania. Służba ta trwała około trzech tygodni i związana była z podróżą. Tabor, do którego mnie dołączono, dotarł w okolice Łomży. Droga była trudna i męcząca, pełna trwogi i obawo życie osobiste i rodziny. W czasie podróży noce były niedospane, a posiłki w dzień niedojedzone. W Łomży wojsko zwolniło mnie z obsługi konia i wozu i nakazało powrót do domu. Konia i wóz pozostawiłem wojsku, sam udałem się do domu, do którego dotarłem bez przeszkód w połowie sierpnia 1939 r.

27.  Kamienie.

    Pierwszego września 1939 r. wybuchła Druga Wojna Światowa, a pod koniec września na Wileńszczyznę wkroczyło wojsko sowieckie. W tym czasie Wileńszczyzna była bezbronna, gdyż całe wojsko polskie było przerzucone na zachód Polski do walki z Niemcami. Władza Radziecka wprowadziła nowe porządki administracyjne, polityczne i wojskowe. Zauważyłem, że Rosjanie poczynają przygotowywać się do czegoś. Ludność wsi odczuła to na własnej skórze. Z polecenia władz cała wieś pracowała przy wykopywaniu kamieni z ziemi, rozbijaniu ich na drobne kawałki i wywożeniu własnym taborem do przystanku kolejowego w Santoce. Należność za tę pracę ludzie otrzymywali bardzo skromną a przeważnie tę pracę wykonywano w formie szarwarku przymusowego. Ja też przy tym pracowałem z własnym wozem i koniem. Pożytku z tego miałem tyle, że oczyszczono moje i sąsiadów pole z kamieni. Jak byliśmy w sznurach to moje pole oczyściłem z kamieni, lecz po komasacji otrzymałem nowe, na którym było ich pełno Po tych pracach nakazowych całe pola naszej wsi jak i też innych wsi pobliskich zostały oczyszczone z kamieni

28.  Lotnisko

    Po zakończeniu akcji kamień, zatrudniono ludność całej wsi do nowej akcji polegającej też na pracy, według ustalonego harmonogramu, przy rozbudowie lotniska obok Wilna w miejscowości Porubanek. Pracowano w formie szarwarku, zapłaty za tę pracę nie było. Ja także tam byłem i pracowałem przez cały marzec 1940 r. Zakwaterowania nie mieliśmy żadnego, spaliśmy, jedliśmy i pracowaliśmy pod gołym niebem. Było chłodno więc nocą spaliśmy przy ogniskach. Praca polegała na prze- wozie ziemi z jednego miejsca na drugie, czyli na plantowaniu ziemi. Jako ciekawostkę mogę podać to, że przy pracach odkryto bardzo cienkie pokłady węgla kamiennego, którego potem paliliśmy przy ognisku nocnym.

29.  Budowa nowego domu.

    W tym czasie nie zaniedbywałem też swych marzeń osobistych. Postanowiłem wybudować nowy dom. Zacząłem od wykopu pod piwnicę, a usuwanie ziemi dokonywaliśmy całą rodziną. Ziemia tam była gliniasta, vv.ięc praca się ślimaczyła. Ziemię wywożono do pobliskiego bajora. Po kilku miesiącach pracy dół o rozmiarach 9 m na 5 m i głębokości 3 m był gotowy. Zacząłem więc zwozić pozostałe kamienie z pola, a potem przy pomocy zatrudnionego betoniarza wybudowaliśmy ściany piwnicy. W ścianach zewnętrznych zostały wbudowane wsypy, celem gromadzenia przez nie przyszłych zapasów żywności. Sufitu nad piwnicą nie mogliśmy dokończyć z braku szyn nośnych, więc prace te odłożono na później. przy budowie ścian piwnicy wybudowano też fundamenty pod budynek 9 m na 14 m. Zimą 1941 na 1942 zaczęliśmy wyrąb drzewa i zwózkę drewna dłużycowego z pobliskiego lasu . Na wiosnę wynająłem ludzi - pi I szczyków, a oni przygotowali dłużyce do budowy domu. Zaś zatrudniony cieśla - stolarz ze wsi Waskańcy dopasowywał i układał je na ściany, przy pracy tej pomagali moi synowie. Pod koniec 1943 roku budynek był gotowy w stanie surowym, lecz nie było mi dane go wykończyć. Jedynie w roku 1946 zabetonowałem strop nad piwnicą. Z budową stropu też miałem problem. Na kolei, od znajomego zawiadowcy odcinka drogowego Pana Miłosza Stanisława, zakupiłem "na lewo" odpadki szyn kolejowych. Dowiedział się o tym mój wróg osobisty Pan Mateusz Piszko, który doniósł o tym do milicji. Lecz zawiadowca powiadomił mnie o rewizji w mojej zagrodzie w sprawie szyn. Wywiozłem je w pole i przysypałem ziemią a milicja ich nie znalazła. Sprawę zamknięto z czystym protokółem oględzin budynków i otoczenia. W miesiąc później strop z szynami został zabetonowany. Dokończenie budowy domu nie było mi dane, gdyż mnie wraz z rodziną wywieziono na Syberię. Zarząd kołchozu dom rozebrał i przewiózł go do miejscowości Ochotniki, gdzie go ponownie pobudował. W tej miejscowości znajdował się zarząd kołchozu, a mój budynek spełniał rolę świetlicy dla zebrań członków kołchozu.

30.  Pogrzeb macochy.

    Na wiosnę 1940 r. umiera moja macocha. Druga żona mego ojca Kazimierza - Julia. Muszę przyznać, że choć była macochą to była dobra dla mnie i moich dzieci, szczególnie dla mojej żony. Na pogrzebie była bliższa i dalsza rodzina oraz ludzie z całej wsi. wiejscy śpiewali pieśni pogrzebowe. Pochowaliśmy ją z woli jej córki Wąsowicz - Misug na cmentarzu w Balingrutku. Mogiła znajduje się na końcu cmentarza po północno-wschodniej stronie.

31.  Głupota ludzka nie ma granic.

    Podczas okupacji niemieckiej przez niezliczone wsie obiegła fama, padła jakaś zaraza na bydło, jeden drugiemu opowiadał, że w tej i w tej wsi krowy zaczęły zdychać na jakąś dziwną chorobę. Naoczni świadkowie twierdzili, że po przeprowadzeniu sekcji zdechłych krów, w rdzeniu kostnym ich ogona znajdowano liczne robaki. Ktoś tam puścił plotkę, że najlepiej zabezpieczyć krowy od tej choroby przez wstrzyknięcie im w ogon krezolu Jest to silny środek trujący na różne insekty, tego preparatu na wsi wileńskiej nie brakowało. Niektórzy gospodarze mieli go u siebie jeszcze z czasów przedwojennych, gdyż tym preparatem opryskiwali swój sad przed różnymi robiącymi szkodę owadami. I tak z plotki powstało prawie darmowe lekarstwo na ogony krowie. Ksiądz parafii Balingrudzkiej słysząc opowieści, stwierdził że to będzie niezły dochód i zorganizował ekipę ludzi do leczenia krów. Zgromadził u siebie spory zapas krezolu do leczenia i zdobył dużą zwierzęcą strzykawkę. Wysyłał 'swoich ludzi do okolicznych wsi, by tam leczyć krowy u gospodarzy chętnych dokonać tego zabiegu. Każdej zgłoszonej krowie wstrzykiwano w ogon około 1 cm3 czystego krezolu przy tym zabiegu krowy niemiłosiernie ryczały, pewnie ten preparat mocno im spiekał ciało w ogonie. Do naszej wsi też przybyła ta ekipa i prawie wszystkie krowy ze wsi zostały zaszczepione. Ja nie miałem przekonania do tego zabiegu, a ponad to krowy moje nadal wyglądały dobrze. Słysząc z licznych opowieści, że zwierzęta cierpią po tym zabiegu, nie udzieliłem zgody na zrobienie zastrzyków moim krowom. Po miesiącu od zadania takiego zastrzyku, zauważono, że ogony krowie poniżej wstrzyknięcia krezolu zaczęły zasychać, a w dalszej kolejności odpadały. Pozostawały tylko małe kikuty dziesięciocentymetrowe. Śmiesznie to wyglądało na pastwisku, gdzie spojrzysz tam stała lub skubała trawę krowa kręcąc krótkim ogonem, przed atakiem komarów i bąków. Potem, a może już w czasie tych zastrzyków, krowy traciły, aż do następnego ocielenia się, zdolność wytwarzania mleka. Ludzie byli oburzeni na tę ekipę lekarską lecz nie rozrabiali z tego powodu, gdyż był to okres wojny i też dlatego, że za tą ekipą stał bardzo lubiany ksiądz. Widząc to wszystko dziękowałem Bogu, że nie odebrał mi rozumu w tej sprawie.

32.  Marzenie o przyszłym gospodarowaniu

     W czasie działań wojennych byłem dobrej myśli, że po wojnie władze polskie powrócą na Wileńszczyznę, przeto gromadziłem materiał do wykończenia budowy budynku mieszkalnego. Na strychu nad oborą magazynowałem tarcicę, prawie cały był on założony deskami. Rozszerzyłem także nasadzenie sadu, zapoczątkowanego przez ojca, znajdował się on dookoła budynków gospodarczych. Ziemi obsadzonej sadem było około 3 hektarów. W miasteczku Nowa Wilejka zakupiłem 50 domków nowych uli z przeznaczeniem na rozbudowę pasieki pszczelej.

33.  Byk, a moja rodzina.

     W latach1945 - 1949 z własnego chowu wyhodowałem dużego byka, który pod koniec tego okresu był rozpłodnikiem dla wszystkich krów naszej wsi. Czym byk był starszy tym stawał się bardziej agresywny, więc postanowiłem wprowadzić w jego nozdrza stalową kolce. W tym celu poprosiłem swego krewnego Leona Maciulewicza z miejscowości Czyżyszki o zrobienie takiego kolca. Leon był ożeniony z siostrą Antoniego - Gulbinowicza z Szukiszek. Jako legionista brał udział w walkach w czasie Pierwszej Wojny Światowej. W wojsku pracował jako kowal, wykonując prace przy naprawie taboru wojskowego i kuciu końskich kopy dla wojsk kawalerii. Podczas wojny został ranny i inwalidą na całe życie, gdyż po leczeniu utykał na jedną nogę. Po wojnie za służbę w legionach dostał od państwa 20 hektarów ziemi w miejscowości Czyżyszki. Na tej ziemi wybudował dom i wszystkie budynki gospodarcze razem z kuźnią. Oprócz pracy na roli, wykonywał w wolnych chwilach różne prace zlecone przez okolicznych rolników. Powróćmy do mojej kolcy dla byka. Została ona zrobiona przez szwagra, na gorąco z grubego stalowego drutu. Na końcach tej kolcy z obu jej stron były zrobione otwory, z przeznaczeniem na znitowanie ich razem, nitem gdy kolca znajdzie się w nozdrzach byka. Przy zakładaniu kolcy bykowi, brali udział oprócz mnie, mój syn Zdzisiek, Olek oraz zięć mojej siostry Benedykt Miłosz. W tym celu byk został przywiązany do grubego klonu rosnącego przy samej ulicy, tuż za starym domem. Klon do którego został przywiązany byk miał śr6dnicę 40 cm i posiadał swoją historię. Podczas pierwszej wojny światowej, nad wsią przeszła silna burza. Piorun uderzył w klon i roszczepał go, a wichura część konarów oderwała od pnia i zaniosła je poprzez dom, dwieście metrów za stodołę. Teraz już drzewo zabliźniło swe rany. Przejdźmy do sprawy naszego byka i jak już wspominałem powyżej, został on mocno przywiązany za rogi do klonu. Byk zaczął się denerwować i począł mocować się z drzewem. Lecz drzewo i sznur sztywno go trzymały na swoim miejscu. Byk nie dawał za wygrane i rogami nacierał silnie na pień drzewa, a że nie ustępowało, to siła byka ujawniła się w jego tylnych nogach. Wbijały się one głęboko w ziemię i ryły ją w miejscach gdzie opierały się nogi byka. Z wielkim wysiłkiem trzy osoby przekrzywiło głowę byka na bok, aż chrapia jego wyszły poza pień drzewa. Nozdrza zwierzaka zostały oczyszczone z brudu, a następnie przebiłem je grubym szydłem i do otworu wprowadziłem 0czyszczoną i odkażoną kolcę. Dalej już synowie w otwory w kolcy wprowadzili nit i mocno rozklepali jego końce. Aby kolca była gładka i nie uszkadzała mięśni nosa byka, została ona i nit, wygładzona i zaokrąglona pilnikiem do metali. Przy tej naszej pracy byk nadal mocował się z nami i drzewem, jednocześnie głośno porykiwał i wierzgał tylnymi nogami. Pracę przy zakładaniu kolcy zakończyliśmy, lecz byka nadal pozostawiliśmy przy drzewie aby się uspokoił. Z oddali obserwowaliśmy byka, który stawał się coraz spokojniejszy i w czasie pół godziny stał już sobie spokojnie. Z długoletnich obserwacji doszedłem do wniosku, że najbardziej bał się byk bata, ukręconego z mocnych konopi i umocowanych na nim kilkudziesięciu twardych węzłów. Taki bat, połączony z krótką giętką rękojeścią przy uderzaniu pozostawiał na skórze byka grubą bolesną pręgę. Po tym naszym zabiegu, byk jakby trochę chorował, nic nie jadł tylko pił wodę i poiło (woda z mąką). Lecz te fąfry bycze szybko minęły i w trzy dni później zaczął jeść wszystko. W kilka miesięcy później byk zaczął ponownie wykazywać agresję i nieposłuszeństwo, ryczał kopał ziemię przednimi nogami i nastawiał rogi do bodzenia. Jedynie bał się bata, takie jedno uderzenie bata czyniło z byka potulne zwierzę. Byk szczególnie wykazywał złośliwość gdy w zagrodzie obok obory znajdowała się obca krowa, w tedy to trzeba było dokładnie baczyć na jego zachowanie. I zdarzyło się gdy Walentynowicz, zięć Stanisława Miłosza przyprowadził krowę do zapłodnienia. W mieszkaniu byłem tylko ja, Zdzisiek pracował w Wilnie, a Olek też coś tam robił w polu za stodołą, więc chcąc, nie chcąc ja poszedłem wyprowadzić byka z obory. Podczas wyprowadzki byk zaczął buszować i szarpnął mocno do przodu wyrywając mi sznur z rąk. Na podwórku krowa nie chciała stać spokojnie, ciągle stroniła od byka i to go denerwowało. Chciałem ponownie uchwycić za sznur, lecz byk natarł na mnie swymi rogami. Byłem blisko otwartych drzwi obory i skryłem się za nimi. Pod naporem rogów byka drzwi mocno zatrzeszczały lecz nie poddały się ich naciskom. Byk ponownie skierował swe nogi w kierunku krowy, która uciekała od niego po całej zagrodzie. Zacząłem szukać bicza, nim uspokoić rozjuszone zwierzę, a gdy go nie znalazłem udałem się poprzez wrota zagrody do sadu, prosić syna Olka o pomoc w uspokojeniu byka. Olek słysząc moje wołanie udał się w obejście obory, ja natomiast poszedłem ponownie szukać bata. Synowi udało się jakoś zapędzić byka do wąskiego paska ziemi za oborą, między płotem granicznym a oborą, szerokości trzech metrów. Syn chciał schwytać byka za kolcę i sznur wi:3zący od niej, lecz nie mógł jakoś tego zrobić. Byk zaś w swej złości pochwycił syna na rogi w okolicy żołądka i przycisnął go do ściany obory. Rogi mocno wpiły się w drewnianą ścianę obory, lecz jeszcze było trochę luzu pomiędzy łbem byka, rogami, a ścianą i w tej luźnej przestrzeni zmieścił się jakoś brzuch syna. Syn wzywał bezradnie pomocy, a pan Walentynowicz zamiast iść na pomoc, w przestrachu wskoczył na płot i też wołał pomocy. Wołanie usłyszała moja żona, która coś robiła obok domu. Przybiegła, a widząc co się dzieje chwyciła w ręce sporej wielkości kij i zaczęła nim okładać byka po grzbiecie. Pewnie to go zabolało, gdyż odskoczył od ściany i skierował się w stronę żony, wtedy syn uchwycił byka za kolcę i sznur. Ja odnalazłem bat i też przybiegłem w te ciasne miejsce. Kilka uderzeń batem spowodowało nabrzmienie skóry byka w miejscu uderzenia i ból. Byk uspokoił się i tylko piana jeszcze płynęła mocno z jego paszczy. Pan Walentynowicz zeskoczył z płotu i zapytał jak będzie z jego krową, odpowiedziałem mu, że jeszcze krowa nie jest gotowa do amorów miłosnych. Kazałem przyprowadzić ją na drugi dzień, a w tedy może będzie stać spokojnie, przy tej zabawie byka z krową. Faktycznie w trzydzieści godzin później krowa stała spokojnie i byk spełnił to co trzeba było. Więcej takich wyskoków byk już nie zrobił, ale i my byliśmy ostrożniejsi. Wyprowadzaliśmy byka we dwóch z synem, ale wpierw musiałem zawsze odnaleźć bat i trzymać go w pogotowiu, a syn wyprowadzał byka na długim drążku związanym z kolcą i ze sznurem na rogach poprzez kolcę. Pod koniec lat czterdziestych władza radziecka wprowadziła dobrowolne lecz przymusowe wstępowanie do kołchozu. Choć nie chciałem, ale z rozsądku zacząłem pozbywać się zwierząt z mego gospodarstwa. Na pierwszy ogień poszedł byk. Z rodziną ustaliliśmy, że zostanie on zabity, a jego mięso przerobione na kiełbasy. Poprosiłem swego szwagra Józefa Gałeckiego, aby mi pomógł przy zabiciu i przerobieniu mięsa. Szwagier przybył na oznaczony dzień z długim rzeźniczym nożem, który długo ostrzył na toczydle z moim synem Olkiem. Byka wyprowadzono do przybudówki przed stodołą, tam go spętano, oddzielnie przednie i tylne nogi. Z kolei nowo splecionym, długim sznurem, jeden jego koniec przywiązano do pętli nóg tylnych i przeciągnięto przez pętlę nóg przednich, a następnie przerzucono przez belkę przybudówki stodoły, przystąpiono do podciągania byka do góry. Zwisający sznur we trzech pociągnęliśmy ku dołowi, wtedy sznur zaczął ściągać tylne i przednie nogi byka w jedno miejsce. Byk stracił równowagę i przewrócił się. Dalsze pociągnięcie sznura w dół spowodowało, że nogi byka znalazły się nad nim, a on sam leżał sztywno grzbietem na ziemi. Ja z synem Olkiem uchwyciliśmy byka za rogi i nozdrza jego mocno wyciągnęliśmy do przodu. Gardło byka w tej pozycji było wyłożone i naprężone do cięcia nożem. Szwagier przyłożył nóż do szyi i mocno nim szarpnął do siebie i od siebie. Skóra i gardło było przecięte, byk naprężył swe siły i głowa jego wyrwała się z naszych rąk: Fruwała ona na wszystkie strony, a krew sikała dookoła, zalewając nas i ściany przybudówki. W miarę upływu krwi, ruch głowy pomału się uspokajał, w ostatniej fazie zadrgały mu nozdrza i nogi, tak zakończył swój żywot nasz byk. Przystąpiliśmy do zdejmowania skóry, która zawisła na belce w stodole celem jej wysuszenia. Wnętrzności zwierzęce ułożono w cebrze do dalszego przerobu, a mięso poćwiartowano. Tylne ćwiartki mięsa szwagier z moją żoną przerobili na kiełbasy. Jedną przednią ćwiartkę mięsa zasoliliśmy w beczce z różnymi przyprawami konserwującymi, a drugą przednią ćwiartkę zawiozłem do Bujwidź i sprzedałem na kilogramy wśród mieszkańcó\v. Z płuc, wątroby i z serca, żona zrobiła wspaniały pasztet, zaś z żołądka zrobiliśmy, już sami bez pomocy ciotki Maciejewskiej wspaniałe flaki. Kiełbasy po zakonserwowaniu i wywędzeniu jedliśmy prawie cały rok. Synowie szczególnie ci mniejsi nic innego nie chcieli jeść tylko żądali tych wspaniałych kiełbas. I tak oto po krótce opisałem życie byka w mojej zagrodzie. Jego ślad walki z mym synem pozostał na zawsze w zachodniej stronie ściany obory. Ślad ten to otwory po rogach byka głębokie na 5 centymetrów.

34.  Władza radziecka po wojnie.

    Wojna zakończyła się 9 maja 1945 r. Moje marzenia o powrocie Polski nie spełniły się i na Wileńszczyźnie umacniała się władza radziecka. Nastąpiła likwidacja polskiej partyzantki i rozpoczął się terror w stosunku do ludności polskiej. Mój syn Józef w czasie wojny był w partyzantce polskiej i po jej likwidacji ukrywał się, a w obawie, że zostanie ujawniony, w czerwcu 1946 r. wyjeżdża do Polski, jako repatriant. We wsi stanowisko sołtysa zostaje obsadzone przez osobę zachłanną i nieuczciwą w osobie Mateusz Piszki. On to przez całą swą kadencję pisze różne donosy do władz gminnych i milicji, przeważnie na gospodarzy bogatych i tych co mieli jakieś poważanie w śród chłopów. Ja byłem ciągle przesłuchiwany przez milicję i urzędników gminy. W 1948 r. urzędnicy gminy ciągle odwiedzali wieś, organizowali zebrania i namawiali gospodarzy do zapisania się do kołchozu. Doszedłem do wniosku, że samodzielnie przy takiej represji, nie utrzymam się, więc jako pierwszy podpisałem zgodę na wstąpienie do kołchozu.

35.  Aresztowanie i zsyłka rodziny.

    Ten manewr nie uchronił mnie i mojej rodziny od zsyłki. Woparciu o donos ludzi mi nieprzychylnych 2 października 1951 roku, nad ranem, wtargnął do mieszkania uzbrojony patrol milicji. W mieszkaniu była tylko żona i troje synów- Aleksander, Daniel i Jerzy. Aresztowali ich i kazali im zabrać ze sobą co udźwigną a następnie wywieźli do punktu zbiorczego, do Niemenczyna. Na drugi dzień został w Wilnie, w pracy w parowozowni kolejowej, aresztowany syn Zdzisław. Jego też dowieziono na punkt zbiorczy do Niemenczyna. Po - kilku dniach wszystkich aresztowanych, samochodami dowieziono do stacji kolejowej w Podbrodziu, tam załadowano ich do wagonów towarowych i wywieziono na Syberię do Krasnojarska. Transport trwał trzy tygodnie. W Krasnojarsku tabor kolejowy rozładowano a ich ponownie załadowano na barkę i rzeką Jenisej przewieziono do kołchozu Abakszna, gdzie aresztantów umieszczono w domach u miejscowych ludzi.

36.  Moje aresztowanie, zsyłka, sądzenie i więzienie.

    W czasie aresztowania mojej rodziny ja byłem w Wilnie na rynku. Wracając do domu dowiedziałem się, że we wsi przebywa milicja celem aresztowania i wywiezienia mojej rodziny. Nie poszedłem do domu, ale ukryłem się u znajomych. Ukrywanie to trwało około pięciu miesięcy, a przebywałem u krewnych i znajomych. W czasie zmiany miejsca pobyt, ktoś zawiadomił milicję z Bujwidź, że w okolicy przebywa podejrzany Zenof'1 Gulbinowicz. Zorganizowali zasadzkę, zostałem aresztowany. Do Krasnojarska wieziono mnie około czterech tygodni. Tam osadzono w więzieniu i wytoczono proces karny. W czasie przesłuchania dowiedziałem się, że sołtys Mateusz Piesżko i jego zastępca Wincenty Podlecki (syn pana Madeja z rozdziału "Kuszenie diabła"), złożyli w Niemęczynie donos, że przed wojną podczas władzy polskiej zatrudniałem ludzi w swym gospodarstwie. Nic im za robotę nie płaciłem, jako kułak wymigiwałem się od płacenia podatków. Ponadto nie mogłem zrozumieć prokuratora, czy to była jego osobista złośliwość, czy też na serio w to wierzył. Ciągle nawracał do tego, że ja w czasie pierwszej wojny światowej i w o kresie lat dwudziestych współpracowałem z Piłsudskim. Na kolejnym przesłuchaniu mocno zdenerwowałem się i powiedziałem, że jeżeli tak mocno chcą to mogę przyznać się do tego co tak ciągle wmawiają. Te moje oświadczenie zadowoliły prokuratora i zakończyły się przesłuchania. Niedługo potem odbył się sąd i wyrok zapadł poza mną Siedziałem w więzieniu i nie wiedziałem kiedy w ogóle wyjdę na wolność. Po śmierci Stalina na skutek wielu pism przychylnych mi ludzi ze wsi Świętniki dotyczących niesłusznego mnie sądzenia i ogólnej amnestii w 1955r. w ZSRR wypuszczono mnie z więzienia. Dowieziono mnie do rodziny w Abaksznie i pozwolono wszystkim z rodziny wracać na Wileńszczyznę.

37.  Życie rodziny w kołchozie i żony choroba.

    W czasie przebywania mego w więzieniu, żona i moi starsi synowie Zdzisław i Aleksander byli zmuszani do pracy w kołchozie prawie bez żadnej zapłaty. Otrzymywali trochę ziarna, co nie wystarczało do przeżycia. Musieli w wolnych chwilach, w lesie zbierać runo leśne, oraz w bajorach i stawach leśnych łowić ryby. Te poszukiwania leśne dawały uzupełnienie do przetrwania tych ciężkich warunków życia. W jednych z takich wędrówek po lesie moją żonę ugryzł jadowity kleszcz. Na skutek tego ukąszenia zachorowała na zapalenie opon mózgowych. Z tą chorobą przeleżała w pobliskim szpitalu około sześć miesięcy.

38.  Starania o powrót do kraju oraz powrót.

    Po wyjściu z więzienia napisałem list do syna Józefa do Polski. Dla syna był to pierwszy list jaki otrzymał po wyjeździe z Wileńszczyzny do Polski. Jego listy do nas na Wileńszczyznę powracały z powrotem z adnotacją adresat nieznany. Ja i moja rodzina będąca na Syberii nie pisaliśmy do rodzin w Polsce z obawy, że możemy im zaszkodzić. Mój list z powodował, że syn Józef zaczął organizować odpowiednie dokumenty, celem sprowadzeniem nas z Syberii do Polski. Trwało to długo ale doczekaliśmy pisma wyrażającego zgodę na powrót do kraju. Wracało nas 9 osób: ja z żoną czworo synów, synowa - żona syna Zdzisława i jego dwoje małych dzieci. Tym razem powrót do kraju był już na własny koszt. Podróż pociągiem osobowym trwała dwa tygodnie. Granicę na rzece Bug przekroczyliśmy 24 października 1956 r. W punkcie repatriacyjnym w Grabanowie, niedaleko od granicy ( miasteczka Terespol) otrzymaliśmy po 1000zł na osobę. Dla nas była to duża zapomoga.

 

39.  Mieszkanie u syna Józefa.

    W dniu 25.1 O.1956r. wyjechaliśmy do syna Józefa w Olsztynie. Syn w tym czasie miał tylko jeden pokój na poddaszu 18 m2. W tym pokoju przez okres trzech miesięcy mieszkało 11 osób, bowiem syn Józef był żonaty. Wszyscy spaliśmy na podłodze, mieszkania nie trzeba było ogrzewać. Same organizmy ludzkie wydzielały tyle ciepła i wilgoci, że po ścianach mroźnych skraplała się para wodna i spływała na podłogę. W dzień w każdym rogu pokoju zawieszona była żarówka i nią osuszano ściany.


40. Poszukiwanie gospodarstwa rolnego.

    Z synami doszedłem do wniosku, że trzeba do wszystkich powiatów województwa olsztyńskiego rozesłać pisma z zapytaniem, czy na ich terenie nie znajduje się jakieś gospodarstwo rolne z możliwością osiedlenia się w nim. Propozycji było wiele a odwiedzanie tych wszystkich miejsc zajęło nam cały miesiąc czasu.


41.  Wyprowadzenie się syna Zdzisława do Mrągowa.

    Mieszkanie w Ornecie. Ślub mego syna Aleksandra. Syn Zdzisław odwiedził rodzinę żony w Mrągowie. Rodzina ta zaproponowała mieszkanie w Mragowie oraz pracę w przedsiębiorstwie budowlanym. Syn skorzystał z tej oferty i wyprowadził się do Mrągowa z żoną i dziećmi. Ja przy pomocy dalszej rodziny z Ornety wykupiłem w tym mieście mieszkanie na przeciwko kościoła grecko-katolickiego ( unicki) i tam zamieszkałem z żoną i pozostałymi synami - Aleksandrem, Danielem i Jerzym. Do Ornety do nas powraca rodzina Witkowskich z Syberii. W tej rodzinie spośród pięciorga rodzeństwa na uwagę zasługuje osoba Jadwigi Witkowskiej, przyszła żona mego syna Aleksandra. Ślub odbył się natychmiast, można powiedzieć z transportu syberyjskiego do ołtarza. Wesele też było skromne, byli - tylko najbliżsi z rodziny młodej i młodego.


42.  Gospodarstwo Wapnik.

    Niespodzianie we Wsi Wapnik pod Ornetą rozwiązała się Spółdzielnia Rolnicza. Po niej pozostały budynki zarządu spółdzielni. Przy pomocy znajomych udało się te gospodarstwo uzyskać. Z tego gospodarstwa (był to folwark poniemiecki) mierniczy powiatowy wyodrębnił trzy nowe gospodarstwa. Jedno z takich gospodarstw otrzymałem ja z żoną i dwoje moich synów- Daniel i Jerzy. Drugie otrzymał mój syn Aleksander z żoną Jadwigą trzecie otrzymał teść mego syna Olka pan Witkowski z Rodziną. Gmina do każdego z tych gospodarstw dodała bezzwrotną pożyczkę pieniężną na zakup konia i krowy. I tak jak widzicie moi mili potomkowie życie popłynęło spokojne nowymi torami. Gospodarstwa powoli wzbogacały się, zostały zakupione maszyny rolnicze, powiększał się z roku na rok inwentarz żywy. Po przeprowadzeniu się do wsi Wapnik mieszkanie w Ornecie odsprzedałem innemu nabywcy za tą samą sumę gotówki co zakupiłem tj. 10 000 zł.

43. Choroba - wrzód żołądka - operacja.

     Więzienie na Syberii oraz inne zmartwienia spowodowały, że z biegiem lat w mym organizmie, w żołądku wyrósł wrzód. W listopadzie 1957r. ten wrzód pękł i nastąpił wewnętrzny wylew krwi. Zostałem przewieziony do miejskiego szpitala w Olsztynie i tam operowany. Długo byłem nieprzytomny, majaczyłem. W majakach widziałem różne duchy i diabły. W jednym z takich widziadeł zerwałem z siebie różne przewody od żył i sączki z żołądka i uciekłem ze szpitala w piżamie. Personel odnalazł mnie na ulicy Niepodległości obok szpitala. Ucieczka ze szpitala przyczyniła się do dodatkowej choroby. Dostałem zapalenia płuc. W szpitalu przeleżałem do świąt Bożego Narodzenia. W wigilię syn Józef zabrał mnie do rodziny w Wapniku. Stołowanie domowe z rodziną szybko postawiło mnie na nogi, lecz po operacji z żołądka pozostał tylko malutki skrawek, co powodowało, że musiałem jeść bardzo mało ale często.


44.   Zjazd Rodu Gulbinowiczów.

    Zapomniałem Wam powiedzieć, że rodzina z całej Polski dalsza i bliższa zorganizowała na cześć powrotu mojej rodziny do kraju zjazd rodziny Gulbinowiczów we wsi Wapnik. Zjazd odbył się ze składek całej rodziny w dniach 15-16 sierpnia 1959r. Na zjeździe było około 70 osób. Listy osób będących na zjeździe nie były sporządzone, więc zainteresowanych potomków odsyłam do albumu zdjęć ze zjazdu. Na tym zjeździe była chrzczona moja wnuczka Hanka, córka syna Józefa i Aleksandry z domu Bielewicz. Chrzcił ją obecny na zjeździe sam ksiądz Henryk Gulbinowicz. Obecnie jest on kardynałem na miasto i ziemie przyległe do Diecezji Wrocławskiej. Na pożegnanie zjazdu otrzymałem jedne szorki skórzane jako uprzężą dla konia.

45.  Synowie Daniel i Jerzy.

    Najmłodsi synowie moi Jerzy ukończył szkołę podstawową odbył zasadniczą służbę wojskową i ukończył kurs szoferski. Wyprowadził się do Olsztyna, pracuje w kolejowej firmie budowlanej jako kierowca. Ożenił się z panną Stanisławą Danutą Betkowską. Ma z niąjednego syna o imieniu Zenon. Przepuszczam, że syn dając imię Zenon chciał w ten sposób uczcić mnie. Syn Daniel ukończył szkołę podstawową. Po licznych wędrówkach i pracach w różnych przedsiębiorstwach osiedlił się na stałe przy moim gospodarstwie. Następnie ożenił się z miejscową panna Zdzisławą Rozbicką i ma z nią troje dzieci- Marka, Marzenę i Jacka.

46.  Papierosy, wódka i śpiew.

    Tu chcę nadmienić, że jestem bardzo nałogowym palaczem tytoniu od la~ młodzieńczych. W czasie wojny gdy sadzono w gospodarstwie własny tytoń nie liczyłem się z nim i paliłem ile dało rady. Paliłem papierosy jeden za drugim i to zwyczajem ruskim, tytoń skręcałem w gazecie. Od wódki też nie stroniłem, lecz piłem ją tylko, gdy u mnie w mieszkaniu byli goście. Normy w piciu nie miałem, często te picie przedawkowałem i na drugi dzień mocno chorowałem. Nigdy natomiast sam z sobą wódki nie piłem. W tym miejscu chcę nadmienić, ze choć sam nigdy tego nie słyszałem, ale z opowieści rodziny mówiono, że prawie co noc przez sen śpiewałem różne piosenki, przeważnie religijne. Śpiew ten wzmagał się gdy byłem po wypiciu alkoholu. Naoczni świadkowie stwierdzali, że przez sen śpiewałem dużo lepiej niż w świadomości.

47.  Wóz na dachu.

    Często byłem niepoprawnym szałaputem. Potrafiłem spłatać figiel dla innych osób, lubiłem słuchać i opowiadać sam kawały. Opiszę kilka psot zorganizowanych wspólnie z kolegami ze wsi. W latach młodzieńczych, którejś tam wiosny dla starszego kolegi Jerzego Tomaszewicza (zwany z przezwiska "Jurek Łapciurnik"- bo nosił lipowe kapcie) zrobiliśmy kawał w nocy. Rozebraliśmy wóz gospodarczy na części, a następnie złożyliśmy go z powrotem na szczycie dachu gumna (stodoła ).Ten kawał sporo kosztował gospodarza, ponieważ musiał prosić sąsiadów o pomoc w zdjęciu tego wozu z dachu a następnie opić robotę.

48.  Twardy sen.

    Następnym kawałem z lat młodzieńczych jest psikus zrobiony panienkom, zamieszkałym niedaleko krzyża stojącego przy ulicy. Nazwiska nie podam, zachowam w tajemnicy. Panny te, dwie siostry latem spały w wozowni w razwałach (sanie gospodarskie). W nocy z soboty na niedzielę po cichu aby nie obudzić śpiących, razem z kolegami wynieśliśmy te razwały z pannami i ustawiliśmy je pod krzyżem. Panny miały dobry sen, obudziły się dopiero na wesoły gwar ludzi idących do kościoła.

49.  Długie spanie.

    Przypomniało mi się jeszcze o jednym żarcie. Już w latach późniejszych zatrudniałem parobka, pana Wincentego Lipińskiego, krewnego mojej macochy. Ten Wincenty miał twardy sen, każdego ranka nie można go było dobudzić. Postanowiłem zorganizować mu uczciwe długie spanie. Pewnego letniego dnia, w sobotę po pracy w zagrodzie pan Wincenty poszedł spać do swojego pomieszczenia zwane po wileńsku "bokówką". Postanowiłem w niedzielę rano w ogóle go nie budzić. Pan Wincenty spał przez noc, przez całą niedzielę i następną noc, aż do godziny dziewiątej w poniedziałek. Po obudzeniu umył się, ubrał się odświętnie, zjadł śniadanie i poszedł do kościoła. W drodze od przypadkowych ludzi dowiedział się, że jest już poniedziałek. Był obrażony przez kilka dni. Następstwem tego psikusa było łatwiejsze codzienne jego budzenie.

50.  Ogier na całe życie.

     Byłem też złośliwy w stosunku do osób mnie złośliwych. W czasie przeprowadzania komasacji wsi byłem w komisji ustalającej gatunek gruntu ziemi. W miejscowości Rów, przebiegał wąski pas mojej ziemi, a na tej ziemi na koniczynie pasły się konie na uwięzi. Zauważyłem, że jednej klaczy o imieniu Szwedka brakowało, łańcuch na którym była uwiązana, był rozerwany. Trawa na ziemi sąsiada była częściowo stratowana przez klacz. Ślady na trawie prowadziły do pobliskiego rowu. Razem z komisją po śladach udaliśmy się do tego rowu. Usłyszeliśmy rżenie klaczy i jakieś odgłosy bicia. Na miejscu zauważyliśmy, że mój sąsiad pan Józef Tomaszewicz bije pałką przywiązaną do drzewa moją klacz. Widok ten zdenerwował mnie i w obliczu całej komisji nazwałem go ogierem. Te przezwisko pochwycili na usta wszyscy mieszkańcy wsi i sąsiad został ~gierem na całe życie.

51.  Klacz a bandyci.

     A propos koni. W swym życiu miałem dużo różnych koni, ale jedna klacz utkwiła w mej pamięci najmocniej. Nazywałem ją Gniada od maści gniadej. Wybawiła ona mnie nie z jednej opresji, potrafiła sama powrócić wozem do domu gdy ja spałem w nim podpity. W pierwszych latach, po pierwszej wojnie światowej na drogach do Wilna panował rozbój. Do miasta na rynek ludzie jechali gromadnie, razem kilka furmanek. Na takie zespoły bandyci nie napadali. Ja jadąc do miasta brałem ze sobą sprężynową nahaję zakończoną ołowianą kulą. Pewnego razu wybrałem się wozem w zaprzęgu na tej klaczy do Wilna na rynek. Po zakończeniu targowiska zajechałem w odwiedziny do brata Antoniego. Odwiedziny opóźniły się i wracałem samotny do domu. W drodze wóz trochę ukołysał mnie i jechałem zamyślony. W pewnym momencie usłyszałem głośne wołanie na konia "prrr", na ten głos koń stawał. Natychmiast oprzytomniałem, zauważyłem dwóch osobników z karabinami na plecach. Jeden chwycił konia za uzdę, a drugi dochodził do mnie na wozie. Odruchowo chwyciłem za nahaję i nią uderzyłem w głowę nadchodzącego bandytę. Bandyta upadł. Krzyknąłem na klacz "wio", a ona ruszyła z kopyta, ciągnąc za sobą na uździe przewracającego się bandytę. Bandyta nie wytrzymał siły konia, upadł prosto pod wóz. Migiem oka koń z wozem odskoczył od napastników około 30 metrów. Zauważyłem, że bandyci podnieśli się z ziemi, zdjęli broń z pleców, zarepetowali i zaczęli strzelać w moim kierunku. Padłem bez zastanowienia się na dno wozu. Klacz gnała co sił i odskoczyliśmy od zasięgu ognia. Klacz i ja nie zostaliśmy ranni.

52.  Wyścig koni w zaprzęgu.

    Drugim przeżyciem na tym samym wozie i z tą sama klaczą była moja wędrówka na rynek do Wilna. Razem ze mną na wozie jechał sołtys wsi, niejaki pan Ambrozy Markowski. Przed drugą wojną światową Wilno nie było z kanalizowane, nieczystości z miasta beczkami wywozili na wozie konnym tak zwanymi w języku Wilnian gawnowozy. Wywóz tych nieczystości odbywał się nocami. Nad ranem gdy byliśmy na przedmieściu Wilna, na ulicy Antokol dogoniliśmy powracających do miasta konwoje tych wozicieli. Przy wyprzedzaniu ich, sołtys pan Ambrozy zrobił złośliwy kawał. Zagwizdał na tych wozicieli, machnął palcem koło swego zadka i włożył ten palec w swoje usta. Woziciele natychmiast zareagowali, pognali swe konie by dopaść nas. Ja także pognałem swoją klacz i tak powstała gonitwa koni i wozów na szerokość i długość ulicy. Klacz była dużo szybsza, prędko zostawiła tych wozicieli z tyłu aż zaniechali gonitwy.

53.  Śmierć klaczy.

    Nie dane mi było cieszyć się długo tą klaczą. Klacz zachorowała i domowe sposoby nie dawały poprawy jej zdrowia. Zaprowadziłem ją do Niemęczyna do weterynarza. Ten po zbadaniu jej stwierdził, że dla niej nie ma żadnego ratunku, ma zapaleni'e mózgu. Dał tylko zastrzyk na podtrzymanie życia celem doprowadzenia jej do domu. Po powrocie wpuściłem klacz do sadu za domem. Godzinę później klacz upadła, z boleści całą siłą waliła głową o ziemię aż do zgonu. Przepuszczam ,że w ten sposób chciała sobie złagodzić ból i przyśpieszyć śmierć. Dla jej zasług nie zdejmowałem z niej skóry, zakopałem jej zwłoki w sadzie. Po jej zgonie poniosłem duże straty. Na tamte czasy nie było żadnego ubezpieczenia zwierząt, a po drugie straciłem przyjaciela, który uratował mnie nie jeden raz z sytuacji bez wyjścia.

54.  Mądrość krowy.

    Chciałbym opisać kilka ciekawostek z życia moich zwierząt. W latach dwudziestych naszego wieku miałem wśród krów jedną dość mądrą krowę. Nazywałem ją Ryżą od maści ryżej. Dla niej nie było żadną przeszkodą urwać się na pastwisku z łańcucha. Biegała tak długo dookoła uwięzi, że powstawała w tym miejscu ubita ścieżka, aż łańcuch lub kołek nie wytrzymywał i urywała się, przeważnie razem z kołkiem. Urywanie się z łańcucha odbywało się w dni pogodne, gdy atakowały owady - bąki lub ślepaki. Po urwaniu się uciekała do obory. Gdy drzwi obory były zamknięte, skobel u drzwi podnosiła rogami, wchodziła do obory i chroniła się od owadów.

55.  Kot w worku i jego powrót do domu.

    W tym samym czasie mieliśmy w domu kota o imieniu Marcin. Wszystkie koty rodzaju męskiego w mej posiadłości przeważnie nazywano Marcin. Był to kot bardzo leniwy, nie chciał łowić myszy, tylko czekał na domowy posiłek. Postanowiłem pozbyć się go. Pewnego razu gdy jechałem do Wilna na rynek włożyłem go do worka i zabrałem ze sobą. W Wilnie na rynku Łukiszki odwiązałem otwór worka i pozwoliłem mu bez przymusowego wytrząsania opuścić samowolnie worek i wóz. Po zakończeniu sprzedaży towaru pojechałem do brata Antoniego w odwiedziny i tam zanocowałem. Na drugi dzień powróciłem w południe do domu. Wielkie było moje zdziwienie, bo kot był już w domu. Nie widział drogi gdy jechał w worku do Wilna, a jednak pokonał drogę powrotną- 33 km i pierwszy był w domu ode 'Tlnie. Więcej go już nie wywoziłem. Pozwoliłem żyć spokojnie w zagrodzie.

56.  Wilk otrzymuje tęgie lanie.

    Jeszcze za moich czasów kawalerskich, w nocy na pastwisku pasły się konie. Były one uwiązane na łańcuch do kołka w ziemi oraz pętane pęta żelazną na zamek. W tych czasach na wsi ciągle były dokonywane kradzieże koni. W obawie przed kradzieżą nawet w stajni pętano konie a drzwi zamykano na grube sztaby z żelaza. Oprócz tego zwierzęta na pastwisku były atakowane przez wilki. W związku z tym ja z polecenia mojego ojca każdej nocy nocowałem w polu przy koniach. Pewnej nocy w miejscowości Prudele gdzieś nad ranem obudziło mnie ciche warczenie mego ulubionego pieska. Zawsze z nim spaliśmy wspólnie pod dużym kożuchem tuż przy koniach. Konie zaczęły mocno chrapać i podskakiwać z miejsca na miejsce na swych spętanych nogach. Bez uczynienia żadnego ruchu z mej strony otworzyłem oczy i w blasku światła księżycowej nocy ujrzałem stojącego tuż obok mnie dużego wilka. Strach przeszył mnie całym ciałem, lecz nadal leżałem spokojnie a myśli pracowały usilnie. Co począć, czy wskoczyć, krzyknąć mocno i odpędzić go, czy sprawić mu niespodziankę kijem leżącym obok mnie. Postanowiłem z tego kija zrobić użytek. Wilk był zajęty cichym skomleniem pieska i pewnie myślał sobie jak tego psiaka wybawić spod kożucha. Ja natomiast myślałem jak niespodzianie uchwycić za kij i tak powoli zacząłem przesuwać ręce w kierunku kija. Wilk tego nie zauważył, jego wzrok był zwrócony w kierunku głosu pieska. Ręce moje zbliżyły się do kija, nagły chwyt, skok z pozycji leżącej na siedzący i z ogromną siła uderzyłem w żebra wilka. Wilk zastękał mocno z bólu i już szykował się do ucieczki jak go uderzyłem drugi raz kijem w poprzek grzbietu. Więcej nie zdążyłem uderzyć, wilk skowycząc pobiegł w kierunku pobliskiego lasu. Takie to było moje spotkanie z wilkiem podczas pilnowania koni.

57.  Pies kontra wilki.

    Przed pierwszą wojną światową były bardzo ostre zimy. Opady śniegu były obfite, zaspy śniegu sięgały 3 metrów. Zwierzęta leśne głodowały a wilki _ często podchodziły do zagród wiejskich. Pewnej nocy usłyszałem szczekanie a później skowyt psa. Pies był uwięziony na łańcuchu obok obory. Nazwy jego nie pamiętam, był to kundel średniej wielkości psa domowego. Dojście do niego prowadziły dwa ogrodzenia płotu. Skomlenie psa i chrzęst łamanych żerdzi u płotu zmusił mnie do wyjścia z domu. Ogrodzenie było uszkodzone a psa już nie było. Więcej już tego psa nie ujrzałem, jedynie w miejscowości Bierukszta 200 metrów na południe od zagrody, na wiosnę przypadkowo odnalazłem łańcuch z obrożą i część kości psinych.

58.  Trebię a wilki.

     Latem, tuż po moim ślubie, w miejscowości Góra, na moim sznurze ziemi razem z żoną kosiliśmy żyto kosą. Dalej 200 metrów ,obok zagajnika brzozowego, na pastwisku pasła się na uwięzi klacz ze swym źrebięciem. Nazywałem ją Kasztanką od maści kasztanowatej. Klacz z niej była słaba co do przydatności w gospodarce. Miała wadę w nogach, często kopyciła się, szczególnie gdy biegała. Przy koszeniu usłyszałem rżenie klaczy. Przerwałem pracę i zwróciłem oczy w tym kierunku i ujrzałem atak dwóch dużych wilków na źrebaka. Źrebak krążył dookoła swej matki a klacz odpierała ataki wilków nogami tylnymi. Natychmiast z żoną pobiegliśmy w tamtą stronę krzycząc rozpaczliwie. Na nasz głos zaczęli też biec sąsiedzi żniwni. Wilki gdy tylko zauważyły nadbiegających ludzi, wycofały się z ataku na źrebaka i chyłkiem schroniły się do lasku.

59.  Moja wiara w zabobon.

    W tym rozdziale opowiem dwa oddzielne zagadnienia, lecz są one związane z wierzeniami wsi. W naszej wsi parę osób zajmowało się tak zwanym zamawianiem różnych chorób ludzL i zwierząt. Nawet mój ojciec tym zajmował się, po nim ja zacząłem uprawiać ten uzdrowicielski sposób. Początkowo leczyłem swoje zwierzęta zamawiając dla nich wodę. Taka zamowa polegała na tym, że gdy zwierzę było chore brałem do naczynia wodę około litra. Wbijałem w kant rogu stołu duży kuchenny nóż. W tym miejscu tuż pod blatem stołu podstawiałem drugie naczynie, następnie na nóż polewałem wodę z pierwszego naczynia. Woda poprzez nóż spływała do naczynia pod blatem stołu. Polewanie wody tak trzeba zorganizować, aby lanie jej trwało w ciągu odmawiania jednego pacierza. Pacierz odmawia się po cichu. Gdy ta czynność w tym rogu stołu została zakończona, nóż wyciąga się i wbija się w następnym rogu stołu w kierunku jak chodzi zegar. Te czynność powtarza się z każdego rogu stołu. Wodę zebraną dawałem wypić chommu zwierzęciu, ponoć to pomagało. Mimo, że zawsze do chorego zwierzaka wzywałem weterynarza, to też te czynności z zamową robiłem. Z biegiem lat tych chorób zwierząt było wiele, a zatem rogi stołu były zupełnie podziurawione przez nóż kuchenny. Drugim zabobonem było zamawianie bólu zębów, dla mnie był to czysty przypadek. W tamtych czasach miałem w ustach uszkodzony ząb, był w nim duży otwór, bardzo on mi dokuczał ciągłym bólem. Robiłem wszystko różnymi sposobami domowymi, aby ukoić ten ból. Wkładałem w tą dziurę zęba różne tampony nasączone różnymi lekami i alkoholem, lecz to mi nie pomogło. Razu pewnego, latam przy koszeniu łąki, zaczął mi dokuczać ząb i odruchowo zerwałem żółty kwiat. Nazwy tego ziela nie znam, widziałem tylko, że zwierzęta tą roślinę omijają i nie jedzą jej. W smaku jest bardzo gorzka i piekąca. Niektórzy ludzie mawiali, że jak zwierz tej trawy dużo zje to potem choruje, a zatem jest ona trująca. Zerwany kwiat roztarłem w palcach na miazgę soczystą i zrobiłem z tego kulkę, przy pomocy zapałki włożyłem do dziury zęba. Po minucie poczułem lekki, przyjemny, uspakajający ból zęba, a już po dziesięciu minutach ząb przestał boleć. Następnym razem gdy ząb zaczął boreć, wkładałem w jego otwór nowy tampon tego preparatu. To naprawdę dawało uspokojenie bólu zęba. Parę miesięcy później, nasz sąsiad chodził po ulicy i stękał, że go boli ząb.
     Czekaj mówię do niego, zaraz Cię wyleczę. Zerwałem potajemnie przed nim, z pobliskiego rowu przy drodze ów tajemniczy kwiat. Starym sposobem zrobiłem z niego miazgową kulkę. Przy tym dla zwiększenia efektu, mego sposobu leczenia, odmówiłem cicho jeden pacierz. Sąsiad przyglądał się temu ciekawie, chciał dowiedzieć się co ja robię. Przerwałem mu mówiąc, żeby nie przeszkadza' w moich obrzędach leczniczych. Następnie przy pomocy zapałki oczyściłem dziurę w jego zębie z brudu, w to miejsce włożyłem kulkę zielną i mocno ją ucisnąłem Na zakończenie leczenia kazałem cierpliwie odczekać 10 min., aż poczuje rozkosz ogarniająca jego ciało. Jeszcze nie minął ten czas, a usłyszałem wesoły głos sąsiada: "wspaniale, twoje zamowy mnie pomogły, dziękuję ci bardzo, dziękuję". I tak zostałem zamawiaczem bólów zębów w całej wsi. Bowiem sąsiad w mig rozniósł tę wiadomość po wszystkich domach. Przychodzili do mnie ludzie z bólami zębów, prosząc o pomoc. Odmawiałem tej posługi i kierowałem ich do dentysty, ale jak zaczną mocno prosić, to robiłem tę przysługę. Takie to były czasy, ludzie w to wierzyli, a wiara silna wszystko może uczynić.

60.  Wylew krwi do mózgu.

A teraz należy opisać ostatni rozdział mego życia. Nadmiar palenia spowodował, że w sierpniu 1965r. miałem pierwszy wylew krwi do mózgu. Uratowano mnie w szpitalu w Dobrym Mieście. Po wyleczeniu czułem się jako tako. Lekarz zalecił mi nie denerwować się i nie pracować. W październiku 1965r. gdy wszyscy domownicy byli w polu, przy wykopkach ziemniaków, ja spacerowałem po polu. Zauważyłem, że przez krowy zagrodnia pastwiska została przerwana, a zwierzęta buszowały całym stadem w burakach. Co jedną krowę wypędziłem to druga jeszcze dalej weszła w buraki. Zdenerwowałem się i tu nastąpił drugi wylew krwi do mózgu. Straciłem przytomność, upadłem i tak leżałem w burakach przez kilka godzin. Wieczorem rodzina wróciła do domu, nigdzie nie znaleźli mnie, więc poszli szukać w pole. Znaleźli mnie nieprzytomnego i przynieśli do domu. Lekarz przepisał tam jakieś lekarstwo, ale był w tej sprawie bezradny. Byłem sparaliżowany, nie mogłem poruszać się, nie mogłem nic mówić. Leżałem w takim stanie około miesiąca. W tym czasie na siłę wlewano mi do ust różne napoje odżywcze.

61.  Śmierć i pogrzeb.

Zmarłem 20 listopada 1965r. Gdy umierałem na dworze była silna wichura, z dużymi opadami śniegu. Napadało go prawie 40 cm, a komunikacja kolejowa i samochodowa została przerwana. Część gości nie mogła przyjechać na - pogrzeb z powodu zamieci śnieżnej. Sam obrządek pogrzebowy odbył się typowo dla wsi wileńskiej, dużo modlono się i śpiewano pieśni religijne przy moich zwłokach. W dniu samego pogrzebu nastąpiło unormowanie pogody, było bardzo słonecznie. Na cmentarzu ścieżki były całkiem zasypane, a synowie Zdzisiek - Daniel oraz Józek - Jurek, po tym śniegu dźwigali mnie do miejsca wiecznego spoczynku. Stypa pogrzebowa odbyła się w Wapniku, w budynku, w którym mieszkałem. Na stypie byli prawie wszyscy mieszkańcy wsi oraz dalsza i bliższa rodzina, około 100 osób.

62.  Miejsce mego spoczynku.

Moja mogiła znajduje się na cmentarzu komunalnym w Ornecie. Od strony południowej w środkowej części cmentarza, około 20 m w linii prostej od bramy wejściowej. przy mogile rośnie duża tuja. Pomnik jest prosty, lecz na swój sposób, można powiedzieć oryginalny Na cmentarzu Orneckin nie ma takiego drugiego z wyglądu pomnika. Przy ustawianiu pomnika na moim grobie zaistniał nieprzyjemny wypadek, z kabiny samochodu, którym został przywieziony pomnik z Olsztyna, ukradziono koszyk z obuwiem, ubraniem i prowiantem żywnościowym.

63.  Moje refleksje.

    Te wspomnienia z mojego życia napisał w moim imieniu mój syn Józef.
     Może te wspomnienia byłyby dokładniejsze gdybym to ja sam napisał, lecz tego nie zrobiłem, więc niech pozostanie tak jak jest. Życzę moim potomkom, aby co było dobre w moim życiu naśladowali, a co złe odrzucili. Ponadto chcę aby mój życiorys był przekazywany z pokolenia na pokolenie i utrwalany, przez przeczytanie jego. Mój pradziad Wincenty namawiał aby na ziemi Świętnickiej' pozostał tylko jeden z synów, pozostali synowie i córki powinni zakładać swe rodziny, po za Swiętnikami. Ta zasada utrzymała się do wybuchu II Wojny Światowej.
         Ja też chcę aby moi potomkowie zdobywali coraz wyższe wykształcenie, stawali się bogatsi, a swe małżeństwa szanowali, aż do swej śmierci. Ponad to pragnę aby nazwisko Gulbinowiczów było znane historycznie na całą Polskę. Przy tym dobrze by było, aby każdy z moich potomków, przed swoją śmiercią, napisał o sobie takie wspomnienie i przekażał je swym potomkom. Teraz przez pióro i ręce mego syna Józefa, składam wszystkim potomkom gest pożegnania. Odchodzę w niebyt.


     Do widzenia

           Wasz przodek Zenon Gulbinowicz.
     Wspomnienie zakończono pisać 24 czerwca 1995 r.





            Od autora.
    W powyższym wspomnieniu nie poruszyłem spraw politycznych wsi, jak też kierunku politycznego zainteresowania ojca. Tych spraw politycznych ówczesnej wsi wileńskiej nie rozumiałem. Ludzie wsi byli bardzo rozpolitykowani, zbierali się gromadnie po domach, a latem na łąkach, przy ulicy wiejskiej i rozmawiali, jedni popierali jedną partię a drudzy drugą. W tej sprawie doszedłem do wniosku ,że ludzie byli politycznie podzieleni. Ojciec przy wyborach bywał zawsze w komisji wyborczej. Po wyborach, mawiał w tajemnicy, na wyborach pomogliśmy naszej partii wejść do sejmu czy senatu. Dowiedziałem się później, że słowo "pomogliśmy" oznaczało, że komisja dodatkowo zagłosowała ( za osoby nie biorące udziału w głosowaniu) na rzecz tej partii, którą propagowała komisja.
    We wspomnieniach dużo spraw pominięto, chociaż wypadało je opisać, bo nie wiedziałem o co chodzi.
     Ojciec ogólnikowo wspominał, że kiedyś uciekał przez kartoflisko i do niego strzelano. On natomiast chyłkiem, płazem przesuwał się dalej. Gdy osoba strzelająca przybyła na to miejsce gdzie padł ojciec, nie znalazła go tam, bo ojciec był już gdzie indziej. Opowiadał czasami o przechowywaniu koni, krowy, owiec i świń w lesie, gdyż ktoś chciał je zabrać. Dotychczas nie dowiedziałem się, kto to chciał, odebrać od ojca te zwierzęta. Rzeczy drobne z przeżycia ojca pominąłem, ale może je później opiszę, gdy będę pisał moje własne wspomnienia.
     Do opisu wspomnień wprowadziłem wiele słów gwary wileńskiej wsi, aby potomkowie choć ogólnikowo mieli pojęcie jak mówili ich przodkowie.
     Koniec